Lecz właśnie wśród tej niepewności, nadszedł zrana wojewoda Marek.
Ten jakby odgadnął Pana, począł od winszowania mu myśli błogosławionej zjazdu tego, który miał krwi oszczędzić.
— Miłościwy panie — rzekł, — Pan Bóg nam natchnął was, gdyście rozkazali zbór ten powszechny, bo ten musi wszystko skończyć...
— Nie prawdaż? — odparł uradowany Leszek, który potrzebował takiego potwierdzenia i zachęty.
— Znajdą się tacy co mi rzekną — dodał — abym nie jechał z obawy Światopełka i Odonicza, znajdą się, co i na innych podejrzenia rzucą... lecz ja.
— A! — odezwał się z nadzwyczajną żywością podchodząc do Leszka Marek — nie słuchajcie, miłościwy panie!! niesłuchajcie! Będziemy z tobą, będzie duchowieństwo, będzie ks. Henryk, cóż tam ci grozić może?
— Ja też wcale się nie lękam niczego — rzekł Leszek spokojnie.
Wojewoda mówił jeszcze wymownie bardzo za zjazdem, potem dłuższy czas pozostając, rzekł z ubolewaniem.
— Nie miłać to rzecz co się stało z bratankiem owego krzyżaka, aleście wy, miłościwy panie, nic temu nie winni.
Leszek, który nie wiedział nic, przypadł do wojewody.