Mimo zapewnienia Sulenty, wierzyć mu się nie chciało, ażeby gwałt taki mógł człek stary popełnić.
Odziawszy się czyściej pobiegł ku zamkowi. Tu ludzi chodziło dosyć, a wszyscy jacyś zajęci, spieszący się, że na pytania nawet odpowiadać nie chcieli. Z trudnością mógł się o przyjaciela dowiedzieć, a trudniej jeszcze wywołać go było.
Czekał nań u wrót do uprzykrzenia, gdy wreszcie przytoczył się zasapany.
— Wy tu znowu? — zawołał Nikosz — w samą porę! wiecie co się u nas stało?
— Ludzie mi prawią — ale wierzyć się nie chce! — rzekł Jaszko.
— Jam prawie na to patrzył — odparł Nikosz — a nie wiem jeszcze czy to prawda, czy kłam. Człek taki poważny i stateczny, dzieweczka do klasztoru przeznaczona...
Podniósł ręce do góry...
— Szatańskie to sprawy — dodał z westchnieniem.
— Jakże to było? — pytał Jaksa.
— Naprzód stary od rozbójników je ratował, — począł Nikosz — potem w drodze widać mniszkę namówił sobie. Na zamku gdy ona wrzekomo chorowała a książę na łowach był, podkradał się do niej. No — i zmówili się! Wieczorem jej nie stało, a on wyciągnął z miasta. Puściła się pogoń, wzięli ją u niego na koniu, a broniąc jej stary, dwóch naszych najlepszych w miejscu ubił, kilku ręce pogruchotał. Ledwie go zmogli..