Condescendit Homo-Deus etc...3.

Żwawiej poruszyła się żłobek-kołyska..., żywiej błysnęły światła, siny obłoczek kadzideł rozszedł się w powietrzu, a pieśń której wszyscy wtórowali, w ulicę wybiegła rozgrzać serca tym co stali u drzwi kościołka, czekając kolei, aby się też nowonarodzonemu mogli pokłonić.

Leszek modlił się zapatrzony na żłobek i dziecinę, lecz mimo dnia wesela tego i mimo pieśni radośnych, na twarzy jego widzieli wszyscy z poza obłoku kadzideł, chmurkę smutku jakiegoś.

Książe Krakowski, starszy między Piastami, panujący spokojnie, żyjący szczęśliwie, którego Bóg córeczką i synkiem pobłogosławił — którego kochali wszyscy, który sprawiedliwości wzorem ojca był pilnym szafarzem, — w tym dniu nie czuł się szczęśliwym.

Jakieś przeczucie kołatało do serca jego i mówiło mu. — Nie dożyjesz drugiego dnia takiego, pieśni tej nie posłyszysz już więcej.

Książę odpędzał myśl natrętną, cisnęła mu się naprzykrzona, i ciężyła na skroni jak wieniec męczeński.

Księżna też patrzała jakby strwożona i smutna — na ołtarz i na sposępniałą twarz mężowską.

A mnisi wesołą pieśń coraz głośniej nucili.

Hebda i Kumkodesz, dla których w małym kościołku nie było miejsca, wyszli w ulicę.

Znali się oni z sobą dobrze.