Hebda głową rzucił.

— Com winien kiedy jedno widzę wciąż czy słońce świeci, czy noc... bylem pana zobaczył — wnet mi się przewraca w nagiego i porąbanego — odparł Hebda.

Żegnam się i odpędzam marę — to cóż? myślicie że ustępuje?

Nie — krzyż ją przetnie na dwoje, na czworo, a kawałki stoją przed oczyma!

— Dzięki Bogu, panu naszemu nic nie grozi! — począł Kumkodesz — myśl ty ino o sobie.

I chciał iść, aby się od żebraka odczepić, ale Hebda kroczył za nim.

— Prosiłem ja świętego ojca naszego — mówił ścigając go ciągle Hebda — aby mnie przeżegnał, i mary odegnał. Nic nie pomaga! Com winien, że mi takie oczy dano za karę, które widzą czego niema na świecie i daj Boże by nie było. Chodzi żywy człek, to ja go widzę trupem, śmieje się baba, mnie się zda jakby płakała, wraca wesele, u mnie w oczach pogrzeb... niosą do chrztu dziecko, wydaje mi się że zbójca jedzie...

Kumkodesz się rozśmiał.

— Toć ci ojciec nasz zawsze mówi, módl się — rzekł — zbywając się natręta.

— Jak mogę to się modlę! — westchnął Hebda — i wysuwając z podartego rękawa dyscyplinę pokazał ją klerykowi. I modlę się i biję się do krwi. Myślicie że boli? Gdzie tam... jakby mnie kto głaskał. Taką mam psią naturę i już z nią zdechnę.