— Nie zdychaj a staraj się umrzeć po chrześciańsku — odparł Kumkodesz.
— Umrzeć to nic, ojczaszku — umrzeć ja potrafię, ale żyć to sztuka! Szatani chodzą koło mnie! Co ja ich widzę! w ulicy, w kątach, po domach, na drzewach. Jeden na kominie siedzi jak na koniu, drugi na ożogu jedzie, inny wojewodę pod rękę prowadzi...
Zamilkł nagle, bo Kumkodesz na wspomnienie szatana, żegnać się zaczął.
Wlókł się jednak za nim aż do wrót biskupiego dworca.
— Ojczaszku — rzekł — gdy się ku nim zbliżyli — prośbeczkę mam do ciebie!
Kleryk się odwrócił.
— Jałmużna rozdana, kłapcia już u nas nie ma! — odparł...
— Nie chcę ja nic — zawołał Hebda — całując róg jego sukni, tylko żebyście świętemu biskupowi powiedzieli, że szalony Hebda pana naszego wciąż widzi nagim, a miecz nad głową jego!!...
Kumkodesz machnął ręką i wszedł na podwórze drzwi zatrzaskując za sobą. Hebda postał chwilę, uderzył się silnie kilka razy w piersi kułakiem, i zamyślony pozostał na mrozie w ulicy.
W chwilę potem orszak książęcy ciągnął nazad na zamek na ucztę wieczorną, którą po całodniowym poście zastawiano.