Hebda stojący zdala zobaczył go, krzyknął i dłońmi obiema zakrył sobie oczy, jakby widoku tego znieść nie mógł.

A Leszek jechał spokojny, za czeladzią niosącą pochodnie, i dwór jego wesoło gwarzył, rozradowany pieśniami kościelnemi. Otwarły się wnet i wrota dworca, z których wyjechał biskup Iwo na zamek, bo tam nań z wieczerzą czekano.

W mieście, które dnia tego świeciło wszystkiemi oknami jakby się w nim ludzie, północy czekając spać nie kładli, rozległ się tentent, jezdnych kilku pędem wielkim do zamku spieszyło.

Jeden z nich głowę miał przewiązaną chustą białą i rękę obwiniętą płachtami, na towarzyszach jego widać było rany i zbroje potłuczone.

Hebda spojrzał gdy przeciągali i znowu zakrył oczy...

We wrotach zamkowych zniknęli.

Leszek już był we dworcu swym, a biskup stawał w przedsieni, gdy gromadka jezdnych tuż nadbiegła. Spojrzał Iwo na nich, i jęk wyrwał mu się z piersi. Nie trzeba było pytać nawet o nowinę jaką nieśli.

— Beno! tyżeś to! — odezwał się biskup strwożony, zwracając się do niemłodego człowieka z głową i ręką obwiązaną.

Ludzie pomagali mu zsiadać z konia — jęknął za całą odpowiedź. Potem przywlókł się do biskupa i po rękach zaczął całować.

— Beno! zbójcy cię napadli w drodze? co z tobą? — odezwał się biskup.