— Miserere nobis! Miserere, Deus! — szepnął po cichu i upokorzony z sercem ściśniętem z izby wyszedł.
Mszczuj patrzał za nim — i zobaczywszy Sęczka który w progu stał, żywo skinął nań.
— Żyw był? — szepnął — to nie może być! padł. Cisnąłem nim... ubił się — powinien był się rozbić. — Żyw był?
Sęczek palce kręcił nie umiejąc odpowiedzieć... Waligóra padł na posłanie..., popatrzył na swe ręce, jakby im słabość wymawiał i westchnął ciężko, potem na swój miecz, który sianem ocierać zaczął, lecz zaschła krew nie schodziła z niego — pchnął go od siebie aż padł brzęcząc na podłogę...
We drzwiach ukazał się zaglądający ostrożnie Kumkodesz.
Waligóra unikał jego wejrzenia, pytań się lękał.
— Czy cię Biskup przysyła? — zamruczał.
— Nie — samem przyszedł, ludzie mi mówili żeś W. Miłość chory...
— Zdrów jestem — odparł Mszczuj ponuro — zdrów!
Kumkodesz dostrzegł miecza leżącego na ziemi i cofnął się.