Waligóra zadumany, zapatrzony na podłogę i zaschłą krwi kałużkę mruczał coś, wtem jakby rzuciła nim myśl jakaś nagle zrodzona, porwał się z posłania.
— Ojczaszku, — rzekł do Kumkodesza — chciałbym ja trochę odetchnąć powietrzem, a samemu chodzić smutno. Przejdziemy się po mieście razem. A co?
Kleryk, który się zawahał trochę, po namyśle krótkim przystał.
Mszczuj nie zważając nań miecz, jak był w pochwy wsuwać zaczął, aby go przypasać, i mruczał.
— Chorego, rannego człeka nie powiozą daleko, gdzieś, jeśli żyw musi być na gospodzie, kiedy z zamku go sprzątnęli! a jeśli zdechł toć gdzieś będą grzebać...
Nie dosłyszał tych wyrazów kleryk, lecz podejrzliwem okiem spoglądał na Mszczuja, który kołpak nakładał.
Pomijając dworzec książęcy i główne wnijście do niego, wyszli zwolna we dwu w podwórze i do wrót wielkich. Tu, już odżywiony znów Hebda ich spotkał, wskazując palcem na zamek.
— Zdrajcy najechali! — szepnął — ja ich znam...
— Tst — toż brat rodzony pana jest na zamku — zawołał Kumkodesz.
— Jakem ja żył na świecie — począł rękami wyprawiając różne sztuki Hebda — jakiem żył na świecie, trafiło się że Sędzicha na świat bliźnięta wydała, co się przed narodzeniem pokąsały.