Poruszyło się w nim coś i górę wzięło, prawie mimowoli zbliżył się do Leszka.
— Nie idź ty na niego — czekaj! — rzekł z pewnem politowaniem.
— Nie mogę! — rzekł Leszek łagodnie, ale stanowczo. — Nie mogę, bobym się ludziom dał na pośmiewisko... Lecz, nie lękaj się o niego, dodał ciszej — nie żądam zguby niczyjej, tak niech mi Bóg dopomoże.
Przyłożył do piersi rękę...
Plwacz z politowaniem zmierzył go wzrokiem i zamilkł.
Nadchodzili też inni...
Mszczuj czynniejszy nad wszystkich, kręcił się po obozie, opieszałych strofując, nagląc i niezważając na to, że nań głośno wyrzekano. On jeden rozkaz pański brał tak do serca, iż ani chciał słuchać o tem, by nie mógł być spełniony. Jemu się jednemu zdawało, iż wyjście jutro było możliwe... Tych co mu się śmieli sprzeciwiać, łajał i groził im...
Stał się strasznym.
Wpadłszy do obozu, nie patrzył nad kim miał władzę i zwierzchność, kto go powinien był słuchać, a kto mógł odmówić posłuszeństwa.
— Trutnie, próżniaki — wołał — jeżdżąc na koniu pomiędzy namiotami i szałasami, na pole! Zbierać się, po konie!