— Kiedy on nie zna się na tym.
— Nie szkodzi. Wgryzie się! Taki człowiek jak on!
Pani Bernheim nie przestała oceniać mężczyzn na podstawie ich fizycznych walorów. Lubiła swego zięcia.
— Ma doskonałą prezencję. W cywilu również wygląda jak kawalerzysta.
Paweł, nie bez goryczy, wspominał kawalerię, przy której nie danym mu było pozostać. Kawaleria ponosiła winę za jego spotkanie z Nikitą, za jego długą chorobę. Nie powiedział niczego złego o Robercie. Był nawet bardzo grzeczny, gdy szwagier przyjechał. Był właściwie miłym, poczciwym człowiekiem. Ale okropnie wyglądał w cywilnym ubraniu. Nosił za gruby krawat i za mały, ciemnozielony kapelusz. Paweł postanowił przede wszystkim pójść z Robertem do krawca, po kapelusz i do dobrego fryzjera.
Wykwintnego już rotmistrza wsadził do banku. Był nawet zadowolony, że ten szwagier żył. Człowiek, któremu można było zaufać.
Paweł wziął w swoje ręce tzw. „służbę zewnętrzną”. Pod „służbą zewnętrzną” rozumiał podróże. W końcu wynajął mieszkanie w Berlinie. Do banku przychodził tylko raz na tydzień.
VII
Pewnego dnia, gdy Paweł wychodził z mieszkania, rzekł do niego portier: „Dzień dobry, panie Bernheim! Na drugim piętrze, akurat nad panem, zwolnił się pokój”. Paweł właśnie wstał. Należało do jego właściwości, że go wszystko szczególnie interesowało, co opowiadano mu tuż po przebudzeniu się. Znajdował się poniekąd w pewnej zależności od portiera. Mimo że trzy razy w tygodniu dostawał od Pawła napiwki w obcej walucie, portier umiał utrzymywać Bernheima w ciągłym poczuciu winy i podsycać wrażenie, jakoby pomiędzy jego usługami a wysokością datków zawsze istniała znaczna różnica. Pawłowi byłoby przykro nie wziąć pod uwagę wskazówki portiera. Poza tym raziła go myśl, że nad nim znajduje się próżny pokój, do którego mogłoby się wprowadzić coś hałaśliwego, na przykład klub gry. Nie mógł w końcu uchodzić przed portierem za jednego z owych lokatorów, którym zależy na paru głupich banknotach. Paweł zapytał zatem, jako bankier, ile pokój kosztuje. „,Dziesięć dolarów miesięcznie” — odrzekł portier, który wobec Bernheima nigdy nie śmiał wymienić innej waluty. „Biorę ten pokój” — rzucił Paweł z szybką decyzją, z jaką przy telefonie na przykład mówił: biorę, zrobione!
Istotnie potrzebował pokoju. Im dalej szedł wzdłuż Kurfürstendammu, tym pokój stawał się bardziej potrzebny. Był mglisty dzień lutowy. Żebracy i kalecy na rogach ulic byli z szarej mgły. Przechodniów widziało się dopiero z odległości trzech metrów; wczesne latarnie płonęły jak gasnące gwiazdy. Paweł wiedział, że byłby bardzo smutny, gdyby w takim okresie nie był wynajął pokoju. Tak miał na dziś małą sensację. W ciągu całego dnia nie otrzymał poczty. W dniach, w których skrzynka z listami była próżna, czuł się podwójnie samotny. W takich dniach był pesymistą i stawał się zabobonny. Wyobrażał sobie, że jakaś wroga potęga powstrzymała ludzi, z którymi korespondował, od pisania, albo listy ich zatrzymywała w skrzynkach pocztowych, albo powodowała gnicie korespondencji w workach i wozach pocztowych. Sam niechętnie pisywał zwyczajnie listy. Telegrafował albo wysyłał polecone listy. A więc wczoraj i przedwczoraj żaden człowiek o mnie nie myślał, mówił do siebie, gdy skrzynka na listy była próżna. „Mam wielu przyjaciół i jestem sam. Nawet Marga do mnie nie napisała”.