— Umówiłyśmy się — opowiadała Pawłowi — że pani nadradczyni będzie odtąd opłacała abonament za gazetę. Akurat przed miesiącem naciekła do jej pokoju deszczówka, dach był uszkodzony. Twierdziła, że ja mam zapłacić za naprawę. Ale wyjaśniłam jej, że właścicielka nie może być odpowiedzialna za dziury w dachu. Przyznała mi rację, dach zastał uszczelniony, ale od tego czasu nie pada deszcz, nie wiem, czy nas blacharz nie oszukał. Czy chciałbyś to zbadać?

Paweł wygramolił się na dach, ażeby zobaczyć to miejsce.

Z góry widział ogród, który teraz, z początkiem wiosny, był jeszcze smutniejszy niż w jesieni... — jak ktoś ubogo ubrany smutniej wygląda w słońcu niż we mgle. Paweł widział szopę, w której nie było wozów, stajnie, w których rżały obce konie, i starego psa. Brudny pies leżał leniwie przed budą, jak gdyby i on wiedział, że nie ma już niczego do pilnowania, poza walizą pani Bernheim z bezwartościowymi papierami.

Pewnego wieczora matka odłożyła gazetę — od kiedy lokatorka płaciła abonament, czuła się pani Bernheim zwolniona z obowiązku czytania wszystkich ogłoszeń — i rzekła:

— Wiesz, Pawle, czytam teraz w gazecie tyle matrymonialnych inseratów!

— Tak — odrzekł Paweł obojętnie — to następstwo wojny.

— Młodzi ludzie są mądrzy — ciągnęła pani Bernheim — żenią się wcześnie: to jest zdrowe i zapewnia długie życie.

Milczała i czekała na zdanie syna.

Lecz Paweł zdawał się myśleć nad czymś. Słyszał tykanie zegara, jedynego, który w tym domu chodził, i delikatny wietrzyk, szumiący w zeszłorocznym, powiędłym listowiu. Pani Bernheim sięgnęła po lorgnon. Dopiero prztyknięcie szkieł strąciło go znowu na ziemię.

Pani Bernheim patrzyła na Pawła dłuższą chwilę przez szkła. Paweł wiedział, że to oznacza przygotowywanie się matki do „poważnego tematu”, i czekał.