O Pawle Bernheimie nie można niczego innego powiedzieć, jak tylko tyle, że się nie zmienił.

Zaczął „redukować”. Była to czynność, która w ówczesnych Niemczech towarzyszyła „odbudowie”.

Paweł Bernheim redukował. Zwolnił obie stenotypistki, a w końcu sekretarza. Zwinął biuro nad swoim mieszkaniem, a następnie oddał mieszkanie. Wydawało mu się bowiem niemożliwością zostać przeciętnym lokatorem w mieszkaniu, w którym był lokatorem niezwykłym. Niektóre przyzwyczajenia same z niego spadły: liście z drzewa w jesieni. Ów prawie że tajemniczy mechanizm, który codziennie o pierwszej godzinie wciągał do mieszkania Pawła Bernheima fryzjera z pędzlem, mydłem i brzytwą, w ten sam tajemniczy sposób przestał funkcjonować. Prawo, na podstawie którego portier słyszał schodzącego z drugiego piętra Pawła Bernheima i równocześnie otwierał bramę — przestało działać. Pewnego dnia sprzedał Paweł swoje auto i zwolnił szofera. Auto powędrowało do właściciela taksówek. Pawłowi zdawało się, że nigdy już nie siądzie do taksówki, w obawie, że mógłby to być jego własny wóz. Pożegnał szofera napiwkiem, który przekraczał jego możliwości, a odpowiadającym jedynie zobowiązaniu względem ostatniego gestu wytworności. Nagle, jak gdyby pochłonięci żywiołową katastrofą, zniknęli jego przyjaciele. Mógł szukać ich we wszystkich klubach — sczezli.

Samotność zamierzała ustabilizować się, jak waluta. Wynajął sobie jeden pokój, w błędnej nadziei, że rozmiary samotności zależą od rozmiarów mieszkania. Wzbogacił się o doświadczenie, że samotność ma tę szczególną właściwość, iż w jednym pokoju jest większa niż w trzech. Jego wnioski były mylne, podobnie jak wnioski jego matki. Ona posiadała walizę z papierowymi pieniędzmi, a on akcje, z których nie można było żyć! Dlaczego nie zrobił interesu z materiałami Brandeisa? Byłby dziś bogatym człowiekiem. Tak bliski był bogactwa! Miał jeszcze dwa tysiące dolarów. Te dwa tysiące, które był winien Brandeisowi. Wystarczyło akurat do handlu papierosami. Jedynym zawodem, do którego byłby miał ochotę i zdolności, była dyplomacja. Mógł co prawda zaciągnąć jeszcze pożyczkę na dom. Ponieważ jednak część domu, należąca na podstawie testamentu do niego, obciążona była trzema hipotekami, nowa pożyczka nie była możliwa bez zgody matki. Matka zaś nie zgodziłaby się nigdy. Firma Bernheim i S-ka i tak wkrótce miała zostać zwinięta. Pani Bernheim nie wiedziała jeszcze o tym.

Niekiedy Bernheim liczył swoją gotówkę, mimo że ją znał. Ale przypuszczał możliwość pomyłki albo, że ponowne liczenie, dzięki jakiemuś cudowi, da inną sumę. Gdyby swoje akcje sprzedał według dzisiejszego kursu, nie miałby, wraz ze swoimi dolarami, ponad 25.000 marek. Tymi pieniędzmi mógłby ktoś inny, Nikołaj Brandeis, w ciągu dwóch lat zarobić milion marek... Paweł Bernheim należał jednak do owych ambitnych ludzi, którym mały kapitał nie wydaje się nawet godny tego, by go skonsumować.

Były jasne dni wiosenne. Niebo było niebieskim tynkiem powleczone, ulica biała, zamieciona z podwójną starannością, a chmury ostatecznie z tego świata wygnane. „Gdybym posiadał jeszcze auto!” — myślał Paweł. Nie przypominał sobie, czy kiedykolwiek przeżywał tak piękne dni, w tym czasie, kiedy miał jeszcze wóz. Gdy wsiadał do autobusu czy kolejki podziemnej, czuł się zdegradowany. Spał codziennie do południa z przekory i w niewyraźnej nadziei, że nad głową śpiącego mogłyby się skłębić szczęśliwe przypadki, jak chmury. Spał do późna, chociaż mu rozum dyktował wstawać wcześnie. Gdy był ubrany i schodził na ulicę, dzień dobiegający kresu zdawał się udowadniać bezskuteczność jego trudów.

Kilkakrotnie postanowił składać przed południem wizyty. Odwiedzał dyrektorów wielkich wydawnictw. Ułożył sobie jakieś propozycje. Był zdecydowany przedstawić w przesadnym świetle swój majątek i możliwości kredytu, chciał mówić o swoich stosunkach w Anglii, w które zaczął stopniowo sam wierzyć. Szedł od jednej dużej firmy do drugiej. Siedział w poczekalniach, gdzie leżały czasopisma i gazety wydawnictw, przeznaczone dla czekających, ażeby mogli zaznajomić się z poglądami firmy, zanim dojdzie do konferencji. Poczekalnie były wygodne, cośkolwiek za silnie opalone i strzeżone przez dyżurnych w liberiach, siedzących na wysokich stołkach. Dyrektorzy znajdowali się stale na konferencjach. Nie były to już „ważne” konferencje, jak owe konferencje fingowane przez Pawła Bernheima podczas inflacji. Były to skromne konferencje bez szczególnych znamion, a więc o wiele ważniejsze... — Można je było porównać do wybitnych osobistości, posiadających wprawdzie tytuł, lecz nierobiących z niego użytku. Siedział i czekał. Podobnie czekano niegdyś na niego. Pojął teraz, że instytucja poczekalń jest czyśćcem kapitalistycznego nieba. Nie istnieje nic okrutniejszego, jak ta przymusowa cierpliwość, przerywana nieustannymi dzwonkami dla służby, nowymi gośćmi i roztargnionym wertowaniem pism, które zamierzają dostarczyć pocieszenia, wytwarzając jednak najgłębszą beznadziejność. Zdarzało się, że Bernheim opuszczał poczekalnię, zanim dochodziło do rozmowy. Ucieczka przed rozmową, która już w poczekalni straciła swój sens, sprawiała mu ulgę i uczucie odzyskanej wolności, jak gdyby opuścił mury domu obłąkanych. Ilekroć wychodził z bramy, odwracał głowę, jak to czynimy, gdy chcemy zobaczyć przeszkodę, o którą potknęliśmy się.

— Nigdy już moja noga nie stanie w tym domu!

Znowu wyjechał do matki.

Pani nadradczyni tak się tam zadomowiła, jak gdyby w domu Bernheimów przyszła na świat. Pawła pozdrawiała jak ciotka. Wciąż jeszcze pani Bernheim na palcach chodziła do pokoju lokatorki, by skontrolować, czy nie zostawiła niepotrzebnego światła, czy klucz jakiś nie tkwił nadto luźno w szafie, tak, że mógłby wypaść i zginąć; czy okno nie było otwarte, zapraszając wszystkie mole, by odżywiały się dywanem, i wreszcie czy umywalka pani nadradczyni nie dostała jeszcze tego pęknięcia, którego pani Bernheim z drżeniem od kilku lat oczekiwała.