wyrobników (mieszczan) — 39%,

parobków dworskich — 5%,

włościan małorolnych — 10%.

Dlatego też zamiast sentymentalnie lamentować i biadać bezskutecznie nad nieszczęściem wychodźców należałoby raczej przy pomocy konsulatów, Towarzystwa św. Rafała i duchowieństwa roztoczyć nad nimi opiekę w tych ogniskach, dokąd się udają po zarobek, chroniąc ich od wyzysku i oszustwa. Opieki takiej rządy austriacki i niemiecki udzielają stale swoim poddanym, pomimo obowiązkowej ich naturalizacji w Brazylii, a również i p. Piotr Bogdanow, rosyjski charge d’affaires102 dla Brazylii i Argentyny, podczas kilkomiesięcznego pobytu swego w Curitibie103 i nowych koloniach polskich, wiele nadużyć i wyzysku urzędową powagą swoją usunął, wdzięczną po sobie u wychodźców naszych pozostawiwszy pamięć.

Jak dalece przybywający do Rio Janeiro wychodźcy przyjaznej rady potrzebowali i jak łatwo byłoby udzieleniem im takowej przez osobę, do której czuliby zaufanie, np. księdza (konsulatu się boją ze względów paszportowych), ochronić od ciężkiego losu, jaki sobie dobrowolnie przez nieświadomość stosunków i praw sobie przysługujących zgotowali, dowodzi fakt, iż mając sobie pozostawiony do woli wybór miejscowości do osiedlenia, zapisywali się na oślep, tylko podług brzmienia nazwy prowincji lub miasta, najwięcej mając predylekcji104 do nazw noszących imię świętego, zwłaszcza jeżeli święty cieszył się ich poważaniem. Stąd fakt dziwny na pozór, że w pierwszych miesiącach po przybyciu zapisywali się uparcie do Santos i Sta Catharina, uważanych w Brazylii na równi z Syberią u nas, nie tylko nienamawiani przez nikogo, lecz przeciwnie, wbrew wszelkim perswazjom urzędników komisji emigracyjnej i inteligentnych rodaków. Trzeba było dopiero kilku tysięcy ofiar, pochłoniętych przez zabójczy klimat pomorza wśród niebywałych przy tym upałów letnich, aby prąd, owczym pędem się kierujący, odwrócić od złudnych zysków na plantacjach i w miastach portowych ku rolniczym osadom na południu, gdzie warunki bytu i klimat zdrowy od dawna już kolonistów niemieckich zwabiły. Trzeba było morza krwi i łez wylanych na to, aby przybywający z kraju nowi wychodźcy zastawali na ścianach domów emigranckich i statków transportowych, wszędzie, gdziekolwiek pisać się dało, jeden tylko napis niewprawnymi rękami poprzedników swoich wypisany: „do Parana!”. Lakoniczne te napisy zdziałały więcej niż najpiękniejsze obietnice plantatorów kawy i bawełny. Pochodził od swoich, siermiężnych, współcierpiących braci, jemu więc tylko wierzono. Na próżno brazylijscy urzędnicy go wyskrobywali i zamalowywali — jak feniks105 z popiołów, niewiadomą ręką kreślony, pojawiał się napis znowu, jako jedyny drogowskaz. Chłop, którego marzeniem było posiąść kawał ziemi własnej, który dla tej nadziei, nie mogąc jej w kraju ziścić, ocean przepłynął, nie dał się zwieść obietnicom fazendeirów. Krążące wieści hiobowe106 o nieludzkim obchodzeniu się dozorców, o oszustwach przy wypłacie, a zwłaszcza o tym, że tam ziemi nie dają, paraliżowały najświetniejsze obietnice. W diamenty i perły brazylijskie wierzyli tylko naiwni lub próżniacy, łatwych zysków pragnący. Chłop bezrolny, a takich była większość znaczna pomiędzy wychodźcami, tylko ziemi pragnął, wszystko znieść był gotów, lata całe czekać, aby do niej się nareszcie dostać. Wieści też krążyły nieuchwytne, że tam, w tej obiecanej Paranie, są już Polacy, są kościoły i księża polscy.

Jak przedtem nikt do Parany iść nie chciał, tak teraz znowu nawet ci, co tam nic do czynienia nie mieli — rzemieślnicy, wyrobnicy i robotnicy fabryczni — żądali gwałtem odesłania ich do Curitiby, czemu zarząd kolonizacyjny sprzeciwiać się według wyraźnego brzmienia ustawy nie mógł. Każdy statek Lloyda107 odchodzący na południe zabierał więc setki emigrantów polskich do Curitiby. Tymczasem zaś uboga, bezludna niemal prowincja, nierozporządzająca ani dostateczną ilością środków przewozowych, ani pomieszczeniem, ani funduszem odpowiednim do osadzenia w przeciągu kilkumiesięcznego terminu kilkudziesięciu tysięcy ludzi, nieprzygotowana wcale na ten najazd polskich emigrantów, znalazła się w położeniu bez wyjścia. Codziennie niemal przybywały nowe partie, a w przepełnionych po brzegi przytułkach emigranckich wybuchły choroby epidemiczne, z którymi walczyć było niepodobieństwem, zważywszy, iż prowincja, obszarem wyrównywająca Francji, posiada wyraźnie dwóch lekarzy i kilkunastu praktykujących farmaceutów.

Mimo to jednak, choć bieda doskwierała, a stosunki administracyjne nie były lepsze niż w innych stanach brazylijskich, Parana stała się ostatnią stacją w tej tułaczce za chlebem i ziemią, do której powoli ściągają maruderzy, lecz skąd uciekają już tylko rzemieślnicy i wyrobnicy. Chłop został na roli, mozolnie zdobytej, a głównym czynnikiem, który wśród nich z wolna ład i porządek zaprowadza, nie było nic innego, jeno obecność księży polskich i kościołów. Jak potężny jest wpływ księży na lud nasz za oceanem, przekonać się było można, gdy ksiądz Możajewski z Detroit w przejeździe przez Buenos Aires przemówił od ołtarza kilka słów do zgromadzonej garstki brazylijskich rozbitków naszych — taki płacz głośny wybuchł w kościele, że najzawziętszy sceptyk rozczuliłby się do głębi. Świadek tej sceny, p. S. B., opowiada, iż Hiszpanie i Hiszpanki ze zdumieniem spoglądali na to nigdy niewidziane widowisko, a gdy po mszy ksiądz nasz wszedł do zakrystii, przełożony zakonu redemptorystów, w których kościele msza się odbyła, rzekł do niego: „Toć chyba świętym jest ten lud wasz polski! Takiego bowiem przywiązania do wiary nigdyśmy nie widzieli”.

Dokąd zaprowadziła niektórych wychodźców naszych nieświadomość stosunków miejscowych, wymowny przykład pouczy: oto partia złożona z kilkudziesięciu rodzin, pomiędzy którymi znajdował się były urzędnik policyjny, lokaj, stangret, kelner itp., nieco oczytani ludzie, uparła się pomimo rad życzliwych jechać do Manaos nad Amazonkę, gdzie, jak im ktoś mówił, miały być wyborne pastwiska i „bydła, ile kto zechce”. Po roku brat mój spotkał w Rio Janeiro pięciu wynędzniałych biedaków: byli to jedyni pozostali z tej partii przy życiu ludzie. Resztę żółta febra zabrała.

Inne znów partie, pod przywództwem jakiegoś mędrca, który dwie klasy ukończył, postanowiła się udać do Matto Grosso, dokąd z Rio Janeiro podróż parowcem trwa tylko miesiąc i jedynie stanowcze veto administracji brazylijskiej szaleństwa tego nie dopuściło.

Ale wracam do przerwanego wątka mojej opowieści.