Prasa stołeczna, rozdrażniona działalnością naszych poprzedników, a uprzedzona o celu naszego przybycia depeszą ambasady brazylijskiej w Paryżu, gorliwie się nami zajmuje, podejrzewając w każdym nowo przybyłym inteligentnym Polaku nowego emisariusza, wnoszącego bunt i nieład wśród mniej spokojnych elementów emigracji polskiej. Gazety nie szczędzą Polakom obelżywych epitetów, z których „vagabundos e revolucioneiros”108 są jeszcze najbardziej parlamentarne.
Jeśli wierzyć ich elukubracjom109, to emigracja polska była dziełem niemądrych agentów, którzy zamiast Niemców na polskiego chłopa wędkę zarzucili. Najczulszą ich struną jest wszakże p. Adolf Dygasiński, którego nazwisko pokutuje codziennie w szpaltach dziennikarskich z dodatkiem najbardziej w ich mniemaniu obelżywego epitetu „judeo” i, o dziwo, zupełnie poprawnie wypisane. Księdza Chełmickiego traktują względniej nieco, choć z równą nienawiścią. Hempel żali się, iż za nim agent komisji emigracyjnej i policjant chodzą od dnia jego przybycia jak cienie nieodstępne, utrudniając mu ile możności swobodną rozmowę z emigrantami i towarzysząc mu nawet stale w wycieczkach na prowincję. Gdyby nie herkulesowa postawa mego przyjaciela, wzbudzająca poszanowanie w tchórzliwych Brazylianach, byliby go niezawodnie sprzątnęli gdzieś cichaczem.
Pragnąc położyć kres temu nieznośnemu szpiegowaniu i szykanom, udałem się do dyrektora departamentu kolonii (das terras e colonisaçao), p. Accioli da Vasconcelos, do którego miałem polecenia urzędowe.
Wysoki, gruby Mulat z czarnym zarostem i pierścionkami na wszystkich palcach przyjął mnie bardzo kwaśno i rozwodzić się począł o krzywdach wyrządzonych rządowi brazylijskiemu przez tendencyjne korespondencje Dygasińskiego i Chełmickiego; wychwalał zacne intencje swego rządu, wreszcie radził mi zaniechać projektowanej podróży do stanu Parana, przedstawiając niebezpieczeństwa i trudy takiej wycieczki oraz ubóstwo tego kraju, w którym jego zdaniem nic do zrobienia nie ma i ludzie z głodu ginąć muszą, bo tam kawa nie rośnie. Kadził mi natomiast udać się do Sao Paulo na fazendy kawowe, o których nawet sceptyczny ksiądz Chełmicki miał przychylną wyrazić opinię.
Wysłuchawszy cierpliwie długiego popisu krasomówczego p. dyrektora, w odpowiedzi zażądałem uwolnienia moich towarzyszy od policyjnej kontroli i upoważnienia do urzędowej rewizji domów emigranckich na prowincji oraz kolonii nowo założonych w stanie Parana, dokąd się od niejakiego czasu, wbrew życzeniu potrzebujących robotnika fazendeirów, wszyscy Polacy tłumnie zapisywali.
Nazajutrz urzędnik z biura p. Vasconcelos przyniósł mi do hotelu list polecający do delegata „das terras e colonisaçao”, p. Carvalho w Curitibie, oraz trzy bilety wolnej jazdy na statku „Desterro”, odpływającym następnego dnia do Paranagua.
Tegoż samego dnia jedno z pism najpoczytniejszych w stolicy, „Gazeta de noticias”, umieściła długi artykuł pod tytułem „Um polaco mais”110, z lekka, choć w grzecznej formie przeciwko wyprawie mojej wymierzony, a nieszczędzący ostrych docinków pod adresem korespondentów polskich, zwłaszcza Dygasińskiego, który stał się w Brazylii postacią legendarną i zmorą urzędu kolonizacyjnego.
14 sierpnia jesteśmy na pokładzie wraz z partią 500 emigrantów włoskich i hiszpańskich, wysyłanych do Santos. Przechadzając się po pomoście dostrzegłem naraz kilkanaście postaci, których obecność mnie zdziwiła, w liście bowiem pasażerskiej Polaków nie było — tymczasem zuchowato nasadzone na ucho maciejówki111, konopiaste czupryny dzieci i czerwone chusty dziewcząt nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości, iż mam przed sobą „Bryzolianów” znad Wisły. Zaczepiam jakiegoś starca — ten podejrzliwym mierzy mnie okiem i nic nie odpowiada. Zwracam się do jakiejś dziewuchy — ta znów z czysto słowiańskim gestem zakłopotania głowę odwraca. Natrafiam wreszcie na gromadkę Żydów z Warszawy, Kijowa i Odessy, którzy są rozmowniejsi i niezadługo mam rozwiązanie zagadki. Dzwon okrętowy obwieścił godzinę obiadową: emigranci, skupieni gromadkami po pięć osób, wysyłają jednego spomiędzy siebie z blaszaną misą do kuchni. Agent emigracyjny i oficer służbowy pilnują porządku. Narodowości idą po sobie kolejno, a jednocześnie obok oficera służbowego staje odpowiedni tłumacz. Wywołują naprzód Włochów, Hiszpanów, Niemców, wreszcie słyszę wołanie: „Os Ingleses!”112. Żydek jeden mrugnął na naszych i do uszu moich doleciało słów kilka po polsku wypowiedzianych: „Kaśka, a dyć spiesz się, bo na nas wołają!”. Żydek jest tuż przy Kaśce i odpowiada za nią łamaną angielszczyzną rudemu Irlandczykowi pełniącemu obowiązki tłumacza; oficer uśmiecha się dobrodusznie, udając, iż wierzy w angielską narodowość tej hożej miss spod Włocławka. Wywołują nazwiska: John Ludlow! James Brown! Katty Price! — „ja” odpowiada ktoś za każdym razem.
Okazało się, iż była to gromadka wychodźców kujawskich, która przybyła do Bremy113 w chwili, gdy na żądanie pp. Chełmickiego i Glinki Lloyd114 przestał Polakom udzielać bezpłatnych biletów jazdy do Brazylii. Żydek impresario wywiedział się zaraz, iż zakaz ten wyłącznie do Polaków i do Lloyda się stosuje — poradził przeto pojechać najprzód do Anglii, a z Liverpoolu, jako Anglików, bez przeszkody do Rio Janeiro ich odstawiono. Z obawy, aby, gdyby się wykryła ich narodowość, nie kazano im za przebytą podróż zapłacić, milczeli uporczywie w naszej obecności i dopiero później, już po wylądowaniu, udało nam się ich zaufanie pozyskać i języki rozwiązać.
Płyniemy w pobliżu brzegów, mając wciąż przed oczami niezmienny krajobraz wysokich, stożkowatych gór granitowych, porosłych gęsto ciernistymi krzakami, z których wynurza się gdzieniegdzie przybrany w girlandy lian bombax lub palma królewska. Z rzadka tylko widnieje wśród zieleni pojedyncza fazenda lub mała wioska rybacka.