Praca tu wre na każdym kroku.
Wśród wielkich wyrębów leśnych wznoszą się chaty z desek lub bali pobudowane, kryte liśćmi palmitów, zupełnie podobne do tych dalekich, naszych, polskich dworków szlachty zaściankowej. Na każdej chacie, na każdym kroku znać piętno ciężkiej, mozolnej pracy, długiej walki o ten kawałek wykarczowanego gruntu, jednocześnie jednak jak uśmiech lepszej doli błyszczą ścieżki starannie ubite i przyozdobione pękami kaktusów, maleńkie ogródki kwiatowe lub bielone ściany chat niektórych, wzorzysto malowane przez domorosłych artystów. Dobrze, gdzie były piła, dłuto i pomoc rąk innych; jak często jednak tylko rąk para i topór las trzebiły, belki rąbały i stawiały chatę od podwalin do szczytu dachu! Rezultat takiej wytrwałej pracy widziałem na kolonii Capivari u kolonisty Niedzielskiego.
Obok każdej chaty zielenią się mniej więcej liczne zagony kapusty, sałaty, buraków, grochu, marchwi, pietruszki i innych warzyw. Pośród pni wypalonych widnieje kukurydza, gdzieniegdzie zaś z ziarnek przypadkowo znalezionych wyrosły pęki jęczmienia lub żyta.
Jakże dziwnie wyglądają te wyniki pracy dwuletniej obok kilkudziesięcioletniej pracy rzadkich kolonistów brazylijskich. Tu chęć działalności, życia; tam ospałość i niedołęstwo. Tu domy mieszkalne z desek, starannie wykończone i ozdobione, tam po prostu chlewy z chrustu i gliny, pełne szpar i dziur, bez najmniejszej oznaki dbałości o jaką taką wygodę. Tu wozy lekkie, o kołach szprychowych, tam ciężkie arby123 z kołami cięższymi od wozu, wyciętymi z jednego kawałka drzewa. I tak bez końca.
Narzekają Brazylianie na naszych, przeklinają wychodźców, zwąc ich „vagabundos e revolucioneiros”, a jednak dzięki im tylko niedostępne przedtem nie tylko dla człowieka, ale nawet dla zwierzęcia miejsca stają się ogniskami życia. Dzięki im tylko nędzne osady, jak Sao Bernardo, Curitiba, Rio Negro i inne, stają się stopniowo miastami pełnymi widoków rozwoju.
Żałują oni sum wydanych na tę emigrację, widząc tysiące nicponiów i żebraków, okradających lub żebrzących po miastach, nie zważają jednak na to, iż ta mała część, która osiadła i pracuje szczerze, wytworzy więcej przez lat dziesiątek, niż dziesięciokrotna liczba Brazylian zdołałaby przez wiek wytworzyć.
Skończywszy z nędzą, zaczynają myśleć koloniści o potrzebach duchowych. Trzeba widzieć i słyszeć, by uwierzyć jak gorąco ich zaspokojenia pragną. Kawał starej gazety polskiej lub książka z powyrywanymi kartkami z rąk do rąk kursują; kilka słów polskich dobitnych, lecz serdecznych i prawdomównych do tego ludu przemówionych — łzy i uniesienie wywołują.
Podczas pobytu mego w Sao Paulo postanowiło tamtejsze Towarzystwo Polskie rozszerzyć swą działalność na kolonie Pio Pequeno i Capivari. Dla omówienia tej sprawy wybrano miasteczko Sao Bernardo. Rannym pociągiem przybyli ze sztandarami członkowie Towarzystwa z Sao Paulo, z kolonii piechotą i konno przywędrowało kilkudziesięciu kolonistów. Ruszono pochodem przez miasto. Wśród konnej eskorty powiewał przodem sztandar Towarzystwa. Trzeba było widzieć, z jaką dumą spoglądały nań te dziesiątki twarzy ogorzałych, z jaką gotowością zapisywali się w poczet członków Towarzystwa i składali pieniądze.
Rozdział V
Odjazd z Santos. Paranagua. Zajście z policją. Wychodźcy. Kolej do Curitiby. W stolicy stanu. Dawne kolonie polskie. Przyroda. Yerba mate.