Mając parę godzin czasu do rozporządzenia, idziemy zwiedzić schronisko dla emigrantów, umieszczonych w sali miejskiego teatru. Dozorca brutalnie nas odpycha, lecz na widok koperty z pieczęcią ministerialną pokornieje w jednej chwili, zgięty w pałąk zaczyna nas tytułować „Excellenza” i „Vossignoria”, wreszcie sprowadza komisarza, który nas po wszystkich oprowadza zakątkach. W wielkiej sali, nieposiadającej innego umeblowania oprócz mat słomianych rozesłanych na kamiennej posadzce, leży pokotem ze trzystu Włochów, oczekujących wysłania do Sao Paulo. Loże przy pomocy ażurowych przepierzeń przerobiono na małe kajuty dla kobiet i honoratiorów120 przeznaczone. Obok teatru w szopie odkrytej gotują strawę, złożoną jak na okręcie ze świeżego mięsa, ryżu, czarnej fasoli, kawy i pszennego chleba. Zbytnią czystością to nie grzeszy, ale dawane dwa razy dziennie wystarcza w zupełności. Zresztą Włosi nie są tak potulni jak emigranci nasi i o prawa swoje głośno upominać się zwykli. W ogóle zaznaczyć muszę, że nie słyszałem nigdy, aby się emigranci na jadło podczas pobytu na okręcie i w miejskich barakach emigranckich uskarżali — pożywienie dają zdrowe i posilne. Bieda zaczyna się dopiero na dalszej prowincji, gdzie i o nadzór trudniej, i artykuły żywności w niedostatecznej ilości i lichym gatunku przychodzą. Włościanom naszym brakuje wszakże razowego chleba i kartofli, których im ani kawa, ani wino, ani ryż nie zastąpią, a które uchodzą tutaj za artykuły zbytku.

W stolicy stanu Sao Paulo, oddalonej od Santos o kilka godzin jazdy koleją, jest kilkuset rzemieślników i wyrobników polskich, równie jak w Rio Janeiro w przeważnej121 części czasowo dla zarobku przybyłych. Ogniskiem ich jest istniejące od kilku lat towarzystwo dobroczynności (Sociedade Beneficencia Polaca) pod kierunkiem pp. Jabłońskiego i Blocha.

W środku pomiędzy S. Paulo i Santos, w pobliżu stacji Sao Bernardo, leżą dwie osady polskie: Rio Pequeno i Capivari. Oto co pisze o nich p. S. Barszczewski122 w korespondencji swojej do jednego z dzienników galicyjskich:

W Rio Janeiro nikt z naszych nie wiedział o istnieniu tych dwóch placówek polskich, toteż zdziwiłem się bardzo, przybywszy do Sao Paulo, gdym o nich usłyszał. Ma się rozumieć, że postanowiłem je zwiedzić.

Wyjechałem więc z p. Adolfem Blochem, przewodniczącym tutejszego Towarzystwa Polskiego, koleją prowadzącą do Santos. Po półgodzinnej jeździe stanęliśmy na stacji San Bernardo. Ze stacji ruszyliśmy powozem do miasteczka, stamtąd zaś konno do kolonii.

Odległość stacji Sao Bernardo od Sao Paulo wynosi 20 kilometrów, od stacji do miasteczka 6 kilometrów, stamtąd zaś do kolonii 14 km. Obydwie kolonie stykają się ze sobą, od środka jednak Rio Pequenso do środka Capivari liczą przeszło 5 km.

Położenie ich jest piękne. Leżą one wśród gór i lasów dziewiczych na wysokości 750 metrów nad powierzchnią morza. Przeciętna temperatura wynosi +18,80° C.

Powietrze jest zdrowe. Komunikacje znośne. Niewielka stosunkowo odległość od miasta ułatwia zbyt produktów pracy i nabycie artykułów niezbędnych do użytku domowego. Od niedawnego czasu istnieje na kolonii sklep spożywczy, założony przez p. Blocha, przez co koloniści nie są narażeni na stratę czasu i brnięcie, często po kolana w błocie, dla nabycia byle jakiej drobnostki u kupców w Sao Bernardo. Sklep ten i pod tym względem ma wielkie znaczenie, że wyrywa kolonistów z rąk wendzisty (kupca brazylijskiego), dającego na vale (kwitki rządowe za robociznę), zdzierającego niemiłosiernie i będącego zwykle w spółce z dyrektorem kolonii.

Na obu koloniach jest przeszło 120 rodzin polskich.

Główny dochód kolonistów stanowi drzewo budulcowe. Prawie wszyscy zajmują się traczką. Bliżsi drogi prowadzącej do miasta pracują na własny rachunek, dalsi zaś wynajmują się pierwszym dziennie lub pracują od tuzina zerżniętych desek.