szpadel — 1200 reis
kosa do trzciny (foiça) — 2800 reis
piła — 12 000 reis
gwoździ 6 kilo — 3300 reis
Na kolonii S. Barbara i sąsiedniej Cantagallo znajduje się ogółem 770 osób narodowości polskiej, litewskiej i rusińskiej. Najwięcej pochodzi z guberni płockiej i warszawskiej, z powiatów sierpeckiego, rypińskiego, lichnowskiego i nieszawskiego, kilkudziesięciu robotników fabrycznych z Żyrardowa, Tomaszowa, Łodzi i Warszawy. Z Galicji spotkałem kilka rodzin rusińskich spod Złoczowa. Między innymi zapamiętałem nazwisko barczystego chłopa Naliwajki, z lubością spoglądającego na tak pożądane w kraju „lisy i pasowyska”. Gdym ich po małorusku „Sława Isusu Chrystu”197 przywitał, ochłonąwszy z pierwszego zdziwienia, zasypali mnie pytaniami o swoich znajomych i krewniaków w Galicji pozostałych. Litwin jakiś spod bialskiej puszczy, którego nazwiska nie pamiętam, posiada największy kawał wyrobionego gruntu, bo ze cztery morgi zupełnie oczyszczone i uprawione pod zasiew. Żali się na pewne drobne nadużycia dozorców kolonialnych, w ogóle jednak jest bardzo zadowolony z rezultatów swej pracy. Żona na wspomnienie Litwy i znajomych okolic łzę ukradkiem otarła. „Ot poleciałaby ja do swoich, ale widać już nie sądzono nam biednym sierotom!” Poczciwe Litwinisko na pierwszym miejscu w chałupie swojej obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej zawiesił i z dumą pokazuje mi tę relikwię, ze swojej świętej Litwy przywiezioną, dopytując się, czy prawda, że tu ma przybyć ksiądz polski, bo od wyjazdu z kraju u spowiedzi nie był. Pocieszam go, że niezadługo własnego proboszcza w S. Matheo mieć będą, i ruszam dalej.
Szeroki gościniec się kończy i gromadka emigrantów, uzbrojonych w topory, oskardy i motyki, pracuje przy karczunku dalszego ciągu już wyciętego i oczyszczonego z leżących pni szlaku.
O paręset kroków dalej wznosi się przed nami jednolity mur zielony i tylko wąska ścieżka, tzw. picada, w głąb puszczy nas dalej prowadzi. Gąszcz bambusów, spomiędzy których wystrzelają grube na półtora metra araukarie, proste jak struna, zakończone u góry koroną gałęzi na kształt ramion świecznika wzniesionych, imbuyas oplecione lianami i włochatą Usneą, ficusy olbrzymie, paprocie drzewiaste i palmy otaczają nas dokoła, oświetlone ruchomymi plamami przedzierającego się przez gęstwinę słońca, tworząc co chwila obrazy godne pędzla mistrza.
Stuk siekier i gwar rozmowy, z gąszczu dochodzący, zdradza bliskość ludzi — niedługo też wychodzimy na inny gościniec, świeżo w puszczy otwarty, i spostrzegamy gromadkę Polaków przecinających picadę wśród bambusów za pomocą krótkich kos na sztorc osadzonych (foiça). Robota idzie raźno i wesoło — opodal, wzdłuż rozpoczętej drogi, widnieją białe domki kolonistów na ciemnym tle sosnowego boru. Z góry, zakończonej stromym urwiskiem, obejmujemy okiem rozległy krajobraz leśny — w oddaleniu dostrzegamy domki następnej kolonii polskiej — Cantagallo, liczącej 19 rodzin.
Wszystkie osady polskie nad rzeką Y-guassu pozostające pod naczelnym kierunkiem p. Edmunda Zaporskiego, tworzą pasmo ciągłe wzdłuż prawego brzegu rzeki, połączone drogą kołową, dzisiaj częściowo tylko wykończoną, z jednej, a łożyskiem spławnej rzeki Y-guassu z drugiej strony. W odstępach jednodniowej podróży konnej wyznaczone są place na mające powstać miasta, jak Rio dos Patos, S. Matheo i Rio Claro, rosnące tutaj z amerykańską szybkością w miarę wzrostu dobrobytu okolicznych kolonistów. Linia kolei, świeżo wykończona, łączy Curitibę z przystanią w Porto Laranjeiras, od której Y-guassu zaczyna być spławna. Przy zaprowadzeniu dobrej żeglugi parowej można będzie przeto dotrzeć w przeciągu półtorej doby do najdalszej z istniejących osad Rio Claro, gdy przy obecnych środkach przewozowych podróż ta trwa około tygodnia.
Sposób uprawy gruntu koloniści przyjęli od Brazylianów, jako w warunkach tutejszych najodpowiedniejszy. Po wycięciu poręby obcinają się z drzew wszystkie gałęzie i razem z drobnym chrustem podszycia układają w stosy. Poręba w tej postaci nosi nazwę rossa. Teraz czekać trzeba suchej pory roku lub przynajmniej kilku z kolei dni pogodnych, aby nagromadzone na rossie sągi198 nieco podeschły, po czym się takowe podpala. Umiejętne wypalenie poręby stanowi połowę pracy. Wielkie pnie powalone, równie jak karcze199 ściętych drzew pozostawiają się na miejscu, próchniejąc z wolna przez lat kilka, zanim się same nie rozsypią. Karczunek na europejski sposób tutaj się nie opłaca i tylko niektórzy, niedoświadczeni jeszcze koloniści zadają sobie ten trud zbyteczny.