Pomiędzy leżącymi zwęglonymi pniami ziemia porusza się szpadlem i motyką, a następnie zasiewa mais, żyto itp. w ten sposób, iż jeden człowiek, idący przodem, drągiem żelaznym robi w zrychlonej ziemi dołek, drugi, idąc za nim, wrzuca doń kilka ziarn i zadeptuje nogą. Oto i cała uprawa, las bowiem nie posiada małych szkodliwych chwastów, wymagających pielenia i tylko z nieczystego ziarna dostaje się niekiedy tutaj oset, plaga amerykańskich zasiewów. W lat kilka po osiedleniu, gdy pnie drzew wypróchnieją, a kolonista dorobi się na tyle dobrobytu, iż może sobie parę wołów roboczych i pług sprawić — powoli zaczyna się stosować do wyjałowionej już nieco poręby orka i system uprawy europejski.
Plagą, na którą się wielu kolonistów skarży, są tutejsze mrówki, niszczące zasiewy. Walka z nimi nie jest łatwa, a polega na systematycznym paleniu i zalewaniu wrzątkiem mrowisk.
Z kolonii Sta Barbara uciekło kilkunastu pojedynaków, którzy doczekać się nie mogli wyznaczenia sobie gruntu: pierwszeństwo bowiem zastrzega się dla ludzi familijnych. Większość tych uciekinierów są to robotnicy fabryczni, stróże domów z Warszawy, lokaje, fornale200, w ogóle ludzie niezwyczajni ciężkiej pracy pioniera w lesie, a częstokroć niemający wyobrażenia o uprawie roli. Tacy, spotykając partię emigrantów udających się na kolonie, dziwy im opowiadają o czekających ich tam okropnościach, gdy w samej rzeczy największe okropności przebyli już oni w miejskich barakach, a dzień, w którym miasta opuszczają, jest dla nich dniem wyzwolenia. Zdarza się, że niektóre osobniki mniej spokojne zarząd kolonii sam wydala.
W dziennikach nadesłanych z Curitiby znajdujemy wiadomość o kilku buntach wychodźców w Rio Negro, Ponta Grossa i kilku miejscowościach stanu St. Catharina. Powodem buntów są wszędzie nieporządki administracji, złodziejstwa kupców, nadużycia tłumaczy, brak pieniędzy przy wypłatach miesięcznych itp. Jeden z dzienników, „A Republica”, w każdym numerze swoim umieszcza piorunujące artykuły przeciwko nieporządkom administracji kolonialnej w Paranie; nie należy wszakże zbyt serio traktować ani wiadomości podawanych, ani też szlachetnego oburzenia redaktora: wszystko jest tu zawsze podszyte walką osobistą i polityczną dwóch stronnictw, dobijających się o tłuste synekury rządowe; a że w tej chwili u steru w Paranie stoi tzw. „liberalna”, czyli monarchiczna partia, republikanie przeto oczywiście są malkontentami.
Delegatem komisji kolonizacyjnej jest „liberał” dr Carvalho, człowiek używający u Polaków najlepszej opinii, a w zarządzie jest kilku wyższych urzędników cudzoziemców, będących solą w oku brazylijskim „konserwatystom”, niemogącym gospodarować w funduszach kolonizacyjnych. Sposób ludzki i rozsądny, w jaki uspokojono bunt 3000 wychodźców w Rio Negro, posyłając im zamiast bagnetów i szabel p. Bertolda Adama dla wysłuchania, bez pośrednictwa tłumacza, ich skarg i zażaleń, a następnie, na skutek sprawozdań tegoż posła, zmiany osobiste przeprowadzone w zarządzie kolonii, dają najlepsze świadectwo o dobrych chęciach p. Carvalho. W kraju jednak, gdzie tysiączne sprzeczne interesa osobiste sprawą publiczną rządzą, a jeden z dygnitarzy nie wahał się publicznie oświadczyć, iż „osłem jest ten, co nie kradnie, z tego powodu woli być złodziejem niż osłem”, w kraju, o którym rodowici Brazylianie się wyrażają, iż obecnie nie jest on wcale ich „ojczyzną”, lecz krajem rządzonym przez hasło: „kradnij kto może”; w kraju takim najlepsze chęci szlachetnych ludzi nie wystarczają, a jedyną gwarancją usunięcia nadużyć jest samopomoc, zorganizowanie się silne wychodźców pomiędzy sobą, aby przez prasę i posłów sejmowych praw swoich bronić. Tak zrobili tutaj Niemcy i Włosi; to samo powinniby uczynić Polacy, gdyby nie paraliżowały wszelkich w tym kierunku usiłowań osobiste swary i niechęci tutejszej, bardzo nielicznej zresztą, inteligencji.
1 września, pożegnawszy uprzejmego dra Grillo, z wielką paradą, bo aż we dwie pięciokonne karety, wynajęte za słone pieniądze (co prawda innych środków lokomocji wcale nie było w Palmeiras), odjeżdżamy do Porto Amazonas, gdzie nas uprzedzony przez umyślnego posłańca parowiec pasażerski miał oczekiwać. Wśród zielonych borów, po pełnej wybojów drodze, dostajemy się przed południem na równinę bezludną, około 660 metrów nad poziom morza wzniesioną. Karczma, barak emigrancki z kilkudziesięciu Polakami, w oddali mały zajazd dla podróżnych — oto i całe Porto Amazonas, przechrzczona przez naszych Maćków na „fort Mazanka”. Pośród gór, lasem sosnowym pokrytych, szukamy na próżno rzeki: łożysko jej bowiem tworzy głęboki i wąski parów, całkowicie wśród falistej okolicy ukryty. Rzeka Y-guassu (wielka woda) jest wąska, lecz głęboka, źródła jej leżą na łąkach obok Curitiby, skąd rzeka płynie na zachód, łącząc w sobie połowę wód całej prowincji, i wpada do Parany na granicy paragwajskiej wprost osady Takurupukú, tworząc o pół mili przed ujściem wspaniałe wodospady (saltos de Y-guassu), przewyższające o wiele pięknością swoją Niagarę. Wodospad składa się z kilku progów, z których najwyższy ma 80 metrów. W górnym swym biegu Y-guassu posiada prąd bystry, lecz jest łatwo dostępna dla żeglugi. Parowce dochodzą do Porto Uniao, przy ujściu Rio Negro, która również aż do kolonii tego imienia jest spławna. Dalszy bieg rzeki od Porto Uniao do katarakty nie jest jeszcze znany.
Rozdział VIII
Odjazd na Y-guassu. Niewygodne pomieszczenie. Nocleg w lesie. P. Maravalho. Rio dos Patos. Przybycie do Sao Matheo. Serdeczne przyjęcie. Obraz kolonii. Zmiana tonu p. Maravalho.
W przystani oczekują dwa małe i bardzo liche parowce kołowe. Jeden z nich jest pod parą, naładowany po brzegi towarami, nazywa się „pasażerskim”. O jakiejkolwiek kajucie mowy nie ma. Okazuje się, iż na tej bardzo ograniczonej przestrzeni, nieposiadającej zresztą ani ławki, na stołka201, ma się pomieścić 60 emigrantów i 8 pasażerów. Wydaje nam się to zrazu niewykonalne, przy dobrych chęciach jednak pomiędzy pakami i beczkami z cukrem, naftą, mąką i spirytusem wszyscy wcisnąć się zdołali. Dla honoratiorów oczyszczono rodzaj skrzynki przy samym piecu, oddzielonej od emigrantów kawałkiem żagla, gdzie na przestrzeni 6 metrów kwadratowych 8 osób przez trzy dni mieścić się miało.
Jadący z nami Brazylianie, jako już doświadczeni, podróżują wraz z kulbaką i pościelą; zaopatrzeni są również w żywność na cały czas podróży, tj. suszone mięso i tapiokę202. Emigrantom również na dwa dni wydano żywność: mięso suszone, okrasę, feijao i ryż.