Nie przeczuwając wcale, jak długą podróż mamy przed sobą, wybraliśmy się dość lekko z kawałkiem befsztyka i parą bułek w nadziei, iż na wieczór staniemy w Rio dos Patos, płonnej niestety.
Kapitan oświadczył wprawdzie, iż tylko na nas czekał, pomimo jednak iż przybyliśmy o jedenastej, statek zaledwie o trzeciej po południu odbił od brzegu.
Kapitan statku, Anglik, pełniący zarazem funkcję maszynisty i palacza, oświadcza mi, iż otrzymał rozkaz czekania na nasz przyjazd, dalej, iż p. Zaporski rozminął się z nami, odjechawszy właśnie do Curitiby lądem, wreszcie, iż na spotkanie nasze ma wyjechać szalupa rządowa, do której przesiąść się mamy. Rzeczywistość jednak wyglądała mniej różowo.
Szeroka dolina rzeczna, porosła wierzbą (Salix humboldtiana) i aroerą (erythrina), wije się wśród wzgórz araukariowym borem porosłych; czasami kępa mirtów lub kawał mokrej łąki, ostrą, wysoką trawą (cortadera) porosłej.
W charakterze komisji inspekcyjnej, jaki nam zachowanie się władz kolonialnych nadało, otrzymujemy miejsce najlepsze, tj. parę metrów sześciennych przestrzeni, oczyszczonej pomiędzy stosem pak i beczek. Miejsce to wystarczyłoby od biedy dla jednego, ale we trzech nawet pokotem położyć się tam niepodobna, ponieważ zaś pokładu nie ma, lokujemy się na dachu, ryzykując zawalić blaszaną, cienką pokrywkę statku.
Na brzegu rzeki poważnie siedzą duże, ociężałe capivary (Hydrochoerus capibara)203, nawet na strzał karabinowy nieruszające się z miejsca; nad głowami przelatują liczne zimorodki, białe czaple i kormorany. Z rzadka szałas brazylijskiego osadnika lub łódź z jednego kloca wyciosana, napełniona towarami, ożywiają krajobraz.
Zaledwie godzinę jesteśmy w drodze, naraz: stój! Parowiec przybija do brzegu i wypuszcza parę. Pytamy, co się stało? — Zabrakło opału, więc kapitan, sternik, majtkowie i część pasażerów wysiada z siekierami do lasu. Najlepszy opał stanowią nadzwyczaj ciężkie, mocno smoliste i twarde jak żelazo, stożkowate sęki araukarii, które się w próchnie rękami wybiera — palą się równie dobrze jak węgiel kamienny.
Rozpaliwszy ogień, jedziemy dalej, aby manipulację tę powtarzać stale co parę godzin.
Na noc przybijamy do brzegu.
W jednej chwili gromadka emigrantów zabrała się do pracy, stuk polskich toporów echem rozległ się po puszczy i niezadługo olbrzymie ognisko wysokim snopem iskier buchnęło, oświecając krwawą łuną snujące się sylwetki parobczaków w kujawskich katankach, dziewuch i bab z garnkami, warzących wieczerzę. Jakaś dziewucha spod Włocławka była do głębi oburzona marnotrawstwem mirtu, którego spore drzewko ścięto na opał. „Jezus Maryja! a dyć u naszej dziedziczki to w doniczce się chowa, a wy to tak marnujeta”... Śmiechy, żarciki i gwar do późnej nocy panują.