Ogółem podług narodowości mieści się w kolonialnej grupie S. Matheo 228 rodzin polskich, 14 hiszpańskich, 19 niemieckich, 18 brazylijskich cabocos, dawniej tutaj osiadłych, posiadających gaje mate, czyli hervales.
Rodzaj gleby i roślinność nie różnią się od S. Barbara pomimo niższego nieco położenia, a o ile sądzić można z roślinności, nie ma różnicy klimatycznej. Przypisać to należy wyjątkowemu położeniu stanu Paraná, odgraniczonego od gorących wiatrów północnych i wschodnich wysokimi pasmami gór, gdy przeciwna strona, południowo-zachodnia, jest otwarta ku pampie argentyńskiej, której zimne wiatry tutaj dochodzą. Stąd fakt oryginalny, że gdy znacznie dalej na południe, w okolicach Porto Allegre, trzcina cukrowa dobrze się udaje, a w okolicy Blumenau istnieją plantacje kawowe, w całym stanie Paraná z wyjątkiem wąskiego pasma pomorskiego udaje się najlepiej żyto, jęczmień, mais, kartofle i wino. Temperatura w lecie dochodzi do 40° C w słońcu, w zimie do 5° poniżej zera. Stałą cechą klimatu tutejszego są, jak w Argentynie, nadzwyczaj szybkie zmiany temperatury. Spadek termometru o 15–20% w przeciągu kilku godzin nie należy do osobliwości. Krajowcy, oswojeni z klimatem, są nieczuli na te zmiany, chodząc w półnago, emigrantom europejskim wszakże dają się one mocno we znaki, a wielu gorzko żałuje, że kożuchy w domu zostawili, zawierzywszy opowieściom o nadzwyczajnych upałach brazylijskich.
Pierwotnymi osadnikami w S. Matheo byli Hiszpanie, których sprowadzono tutaj 120 rodzin przed rokiem. Dzisiaj pozostało ich tylko 11, reszta uciekła, opuszczając kolonie, nie mogąc podołać zbyt dla nich ciężkiej pracy przy karczunku odwiecznego boru.
Stan kolonistów już osiedlonych zastaliśmy wszędzie dobry; pracują zapamiętale i nie ma ani jednego, który by chociaż 1/2 morga żyta nie miał zasianego; większość posiada po 1–2 morgi uprawne, a wielu ma już własne warzywa — kapustę, kartofle, sałatę i brukiew.
Jak wszędzie w Brazylii, przeważna większość wychodźców polskich pochodzi z guberni płockiej i warszawskiej; dużo spotyka się też robotników fabrycznych z Łodzi, Tomaszowa, Żyrardowa; trochę Podlasiaków i Litwinów.
Do ciekawszych typów należą dwa osobniki: jeden, niejaki Kicki, mieniący się synowcem211 generała, eks-fajerwerker212 artylerii, eks-piekarz i eks-rządca domu dra Sznabla w Warszawie, przybył tutaj z niejakim zapasem pieniężnym i próbuje zabawić się w „obywatela”, klnąc „chamów”, których najmuje do roboty — wątpią bardzo, czy mu się taka gospodarka opłaci. Drugi — gajowy z białowieskiej puszczy, stary żołnierz kaukaski, typ żywcem z akwareli Fałata213 wykrojony. Pierwszym sprawunkiem jego w Brazylii była strzelba, a pierwszą troską w S. Matheo: czy jest w lesie zwierzyna...
Po kilkudniowym pobycie naszym w S. Matheo zawinęła do przystani szalupa rządowa wioząca p. Maravalho we własnej osobie wraz z depeszą od szefa kolonii, oddającą szalupę pod nasze wyłączne rozkazy. Szanowny p. Maravalho zmienił swoje postępowanie naraz do niepoznania: o ile przedtem był zimny i niegrzeczny, o tyle teraz sam siebie prześciga w grzecznościach i obietnicach, prosząc tylko o pozwolenie powrócenia do Rio dos Patos szalupą, którą zresztą przywiózł liczne grono dam na spacer, umiejąc połączyć własną przyjemność z posłuszeństwem rozkazowi swojej władzy. Zezwalam wspaniałomyślnie z warunkiem, aby szalupa nazajutrz z rana znajdowała się w S. Matheo, i wyprawiamy tego wieczora bal emigrantom w jednym z budujących się domów, przy odgłosie własnej miejscowej kapeli, złożonej ze skrzypiec i trąbki. Obecni na balu Brazylianie kupcy, nb.214 utytułowani (w Brazylii co drugi obszarpaniec jest markizem, a co trzeci baronem), z galanterią sunęli prosić do tańca bose Kaśki i Maryśki i wywijali oberka nie gorzej od kujawskich parobczaków, z tą tylko różnicą, że w obecności dam zawsze odkrywali z rycerską galanterią głowy. Ochoty nie brakło, „szły wiechcie z butów, a wióry z podłogi”, jak mówi krakowska piosenka, a bal ten w szarej doli emigrantów w S. Matheo długo jeszcze po naszym wyjeździe stanowił epokę.
W kolonii S. Matheo przyjęty został system praktyczny tymczasowego pomieszczania wychodźców nie w barakach ogólnych, lecz w szałasach bambusowych oddzielnych dla każdej rodziny. Baraki obszerne stoją zwykle pustkami, emigranci bowiem, pomimo pewnych stron ujemnych szałasów, wolą być gospodarzami u siebie aniżeli mieć pomieszkanie wspólne. Szałasy te ze względów sanitarnych co parę miesięcy bywają palone. Wielkość nadziałów, zarobki i system żywienia ten sam, co na S. Barbara. Suma wypłat miesięcznych za robociznę dochodzi do 10 000 milreisów. Ceny żywności bardzo wygórowane. Śmiertelność dość znaczna, nie daje wszelako miary o istotnej zdrowotności klimatu, wielu bowiem przybywa tutaj już chorych z hotelów emigranckich w Curitibie, a brak opieki lekarskiej (aptekarza bowiem Portugalczyka, udzielającego porad w biurze zarządu, nie liczę) i nieodpowiednie żywienie chorych do tego się przyczynia. Od założenia kolonii, tj. w przeciągu jednego roku, z ogólnej liczby 1647 przybyłych umarło 134.215
Ponieważ okolice S. Matheo już dawniej przez brazylijskich caboclów była zamieszkałą, nie ma tu już ani zwierząt drapieżnych, jak w ogóle mało zwierzyny; Indianie również się nie pokazują.
Inaczej wszakże stoją rzeczy na bardziej ku zachodowi wysuniętej kolonii Rio Claro, którą założono już po moim wyjeździe. Nierzadkim jest tam jeszcze straszliwy czarny jaguar, którego się cabocle jak ognia boją. Jeden z włościan, spotkawszy go na drodze, jakkolwiek miał strzelbę nabitą w ręku, w przekonaniu, że to sam diabeł „ten srogi bydlak, co to niby wygląda jak kot, a je wielgi jak kuń”, rzuciwszy broń, zaczął odmawiać litanię do Matki Boskiej. Jaguar chwilę się nań popatrzył, oblizał się, ogonem po bokach uderzył i znikł w zaroślach. Z ludźmi wypadków dotychczas nie było, jaguary bowiem, tak samo jak tygrys indyjski, tylko wtedy dla ludzi bywają groźne, gdy przypadkowo skosztowały ludzkiego mięsa.