Z drobnych szkodników, duszących kury, wymienić należy skunksa (Galictis barbara)216 i ocelota (Felis pardalis)217. Z pożytecznej zwierzyny zdarzają się: tapir, czyli anta (Tapirus americanus)218, pekkari (Dicotyles torquatus)219, zwany tateto i kryjący się w norach, gdzie nań z lancami polują, dzik (Dicotyles labiatus)220, zwany porco to matto, i dwa gatunki najpospolitsze małp; kapucynka (Cebus capucinus) i wyjec (Mycetes caraya)221, zwany macaco, którego rozdzierające uszy koncerty, podobne do skrzypienia setki kół niesmarowanych, codziennie o zachodzie słońca słyszeć można, wreszcie świnka wodna, czyli kapiwara (Hydrochoerus capibara) i mrówkojad grzywiasty (Myrmecophaga jubata). Z ptastwa są w wielkiej obfitości przeróżne papugi, z rodzajów Ara, Chrysotis i Conurus, indyk leśny, zwany jacaranda (Urax galeata) i penelopy, na łąkach — dubelty i kuropatwy. Wodnego ptastwa natomiast mało. O obecności sarn słyszałem od caboclów, zdaje się, iż będzie to gatunek nieznany jeszcze, którego żywy okaz widziałem później w Paragwaju, wielkości naszej kozy i ciemnoczekoladowej barwy.

Lecz wracam do S. Matheo.

9 września odjechaliśmy do Rio dos Patos, v. Palmyra, odprowadzani przez całą ludność kolonii, wśród wiwatów i salw z dubeltówek.

Stanęliśmy tam na noc, przyjęci tym razem bardzo uprzejmie przez p. Maravalho, który na nas czekał z sutą wieczerzą, własne pomieszkanie i łóżka na nocleg nam odstąpił, a księgi urzędowe do dyspozycji naszej przedstawił; jednym słowem przechodził sam siebie w uprzejmości.

Nazajutrz objechaliśmy konno całą kolonię, znacznie mniej od S. Matheo naprzód posuniętą. Drogi są zaledwie wycięte, niewykarczowane jeszcze i dla wozów dotychczas niedostępne; wiele działek nie posiada domów, a to z powodu, iż pan Maravalho nie pozwala kolonistom samym sobie chałupy stawiać, aby im przynależnych 120 milreisów nie wypłacać. Cieśle brazylijscy bowiem robią na akord taniej, a nadwyżkę szef do kieszeni własnej chowa. Widziałem np. dobrego stolarza, który warsztat swój założył w szałasie, nie mogąc się wprowadzić do domu, wcale niezdatnego na mieszkanie... Koloniści natomiast pracują z gorączkowym pośpiechem na swoich porębach i wielu posiada już po kilka morgów zasianego pola.

Gleba, jak wszędzie nad Y-guassu, żyzna i do uprawy wszelkich zbóż europejskich zdatna.

Spomiędzy 160 rodzin polskich znajdujących się w Rio dos Patos 87 było osiedlonych, reszta zaś mieści się w szałasach tymczasowych w pobliżu kancelarii. Wypłaty miesięczne za robociznę (właściwie kupcom za żywienie emigrantów), wynoszą 5–7 tysięcy milreisów. Znalazłem pomiędzy innymi dokumentami dwa rachunki dostawcy, jeden opiewający na 175 milreisów, za kury i wino dla chorych, które zjedli i wypili urzędnicy, żaden chory bowiem nigdy ich nie oglądał; drugi za jednodniową żywność dla 95 emigrantów przewożonych statkiem do S. Matheo, opiewający na 125 milreisów, tj. przynajmniej dwa razy wyższy od istotnej wartości wydanych emigrantom produktów spożywczych; normę bowiem zwykłą porcji emigranta stanowi wartość 500 reis na osobę. Walka z podobnego rodzaju nadużyciami jest bardzo trudna z powodu, iż tłuste posady urzędników kolonizacyjnych obsadzane są przeważnie przez ludzi posiadających „protekcję” u góry, która im zupełną bezkarność zapewnia.

Ceny żywności bardzo wygórowane, też same zresztą, co w S. Matheo, mianowicie:

1 litr fasoli czarnej — 100–200 reis

1 litr ryżu — 160 reis