Po raz pierwszy spotykam tutaj wychodźców z Poznańskiego, z okolicy Inowrocławia. Byli to jedyni ludzie oprócz Litwinów, którzy okazywali zupełne zadowolenie ze swego losu. Gdym jakiegoś Poznańczyka, siwego już jak gołąb, zapytał, czy mu praca przy karczunku za ciężką się nie wydaje, odpowiedział mi wesoło: „A gdzieżby się lepszą ziemię, jak nie na porębie, znalazło!”
Dwunastego wieczorem stajemy w Porto Amazonas, minąwszy w drodze parowiec z partią kilkudziesięciu emigrantów polskich. W barakach portu zastaliśmy ich jeszcze kilkuset, pod wodzą p. Dublasiewicza z Płońska, oczekujących swojej kolei. Wszyscy są zapisani na S. Matheo. Opowiadają nam o fortelach, jakich używał tłumacz w Paranagua, aby ich skłonić do osiedlenia się na gorącym pomorzu i zachwiać zaufanie, jakie wychodźcy mieli do nas.
Wielka capibara, ważąca 150 funtów222, którąśmy zabili po drodze, idzie na kolację do kociołków emigranckich. Wielu się waha, czy mają jeść to mięso, nie mogąc rozstrzygnąć zoologicznej kwestii, czy to jest wodna świnia, czy też taki wielki szczur wodny. Dajemy przykład i capibara szybko znika w żołądkach emigranckich.
Powrót nasz do Curitiby nie był zbyt wygodny. Dostawszy się do San Luis wynajętym wózkiem parokonnym po haniebnej drodze, zastaliśmy dyliżans szczelnie zapełniony, a za wynajęcie koni oberżysta żądał skromnej sumki 55 milreisów. Złożywszy tedy pakunki nasze na przechodzącą tamtędy brykę frachtową, sami udaliśmy się do Campo Largo, tj. o cztery mile, piechotą. W miasteczku znaleźliśmy już bez wielkiej trudności wózek Niemca kolonisty, służący zwykle do wożenia kartofli, i parę dobrych koni. Późną nocą stanęliśmy, jednocześnie prawie z dyliżansem, w Grand-Hotelu stolicy.
Rozdział IX
Odjazd z Curitiby. Bal ligi Ordem e Progresso. Kolonie polskie i niemieckie w stanie S. Catharina i Rio Grande do Sul. Bugry. Sao Francisco. Itajahy. Desterro. Rio Grande do Sul.
Czas, któryśmy mieli do rozporządzenia, zbliżał się ku końcowi, pieniędzy zaczynało braknąć, tymczasem wiadomości dochodzące nas z Rio Negro i stanu S. Catharina, wielce niepokojące, wymagały sprawdzenia koniecznie na miejscu. Postanawiamy przeto rozdzielić się: odjeżdżam wprost do Buenos Aires, towarzysze zaś moi mają dotrzeć lądem przez Rio Negro, Sao Bento i Joinville do Blumenau i za parę tygodni ze mną się połączyć.
Wielki bal polityczny, wydany na cześć naszą przez ligę cudzoziemską Ordem e Progresso, zmusza nas do powstrzymania na dni kilka naszego wyjazdu, dając nam jednocześnie sposobność wejrzenia nieco bliższego w tutejsze stosunki polityczne.
Liga, która przyjęła sobie za godło dewizę brazylijskiej chorągwi, gdzie takowa na ironię zakrawa, łączy wszystkich cudzoziemców bez różnicy narodowości, naturalizowanych w Brazylii, z wielką wszakże przewagą żywiołu germańskiego. Poszczególne narodowości bez względu na ilość członków posiadają równe w towarzystwie prawa i przy wyborach równą ilością głosów rozporządzają. Jedni tylko Włosi trzymają się od ligi na uboczu.
Celem ligi jest zdobycie dla cudzoziemców jak największej liczby mandatów poselskich na sejm krajowy i walka z nierządem brazylijskiej administracji. Dotychczas zdołano przeprowadzić wybór pięciu deputowanych ligi. Ponieważ jednak Niemcy w Curitibie sami są zbyt słabi bez poparcia wyborców wiejskich, przeważnie Polaków, starają się przeto ich wszelkimi sposobami do siebie przywabić. Bal dla nas wydany, na którym był nawet jeden pan we fraku, a dość nadobne córy stolarza Hauera w balowych toaletach i rękawiczkach, jest wielką manifestacją polsko-niemieckiej przyjaźni na gruncie brazylijskim. Po tańcach wniesiono mównicę i posypały się mniej lub więcej gorące programowe oracje i wiwaty, na które wypadało odpowiadać wśród wrzawy oklasków i grzmiących „hoch!”223. Owoce tej politycznej przyjaźni są dzisiaj już niezaprzeczone, a w braku odpowiednich kandydatów polskich prezes ligi p. Bertold Adam i redaktor organu tego stronnictwa — „Der Beobachter” — Schneider, są rzecznikami i obrońcami interesów ludności polskiej w sejmie i wobec opinii publicznej, odpierając oszczerstwa i potwarze, miotane przez gazety brazylijskie na polskich wychodźców od czasu bytności p. Dygasińskiego.