Wielką rozrywką dla pasażerów są liczne wieloryby, igrające w pobliżu statku i wyrzucające wysoko fontanny wody, które zdradzają z wielkiej nawet odległości ich obecność. Panie zwłaszcza nie odejmują lornetek od oczu, oczekując ponownego ukazania się sygnalizowanych w pewnym kierunku przez wprawniejsze oczy marynarskie wielorybów.
5 sierpnia na wieczór stajemy w Bahia. Wybrzeże przedstawia krajobrazy przecudne: wysoka na 300 stóp równina granitowa, przecięta głębokimi parowami, spada w postaci stromych urwisk do morza, okryta bujną zielenią gajów palmowych i lian, spośród których z rzadka tylko krwawoczerwone płaty nagiej skały widnieją. Spośród gajów kokosowych migają białe zabudowania plantacji trzciny cukrowej i ogrody słynnych na cały świat zielonych pomarańcz; gdzieniegdzie wystrzela dzwonnica kościółka wiejskiego lub mury starego klasztoru.
Wpływamy do olbrzymiej zatoki, której skaliste brzegi nikną gdzieś w oddali. Po prawej stronie na szczycie skały wznosi się biała latarnia morska, dalej zaś opleciony zielenią, wysoki na 100 metrów mur granitowy, na którego szczycie bieleją domki i zarysowują się sylwetki drzew mangowych i palm. Wprost przystani miasto schodzi aż do wybrzeża, jakkolwiek nie ma ani jednej ulicy dostępnej dla wozów, a domy są jak gniazda jaskółcze przylepione do prostopadłej ściany granitu, przeplatane drzewami.
Sprawiedliwość każe przyznać, iż pomimo dzikiej piękności okolicy Brazylianie nie przyczynili się w niczym do podniesienia jej uroku: architektura domów jest zaprzeczeniem krzyczącym wszelkich zasad estetycznych; są to wysokie, wąskie, białe lub na jaskrawe barwy zwyczajem portugalskim pomalowane pudełka, czerwoną dachówką kryte. O estetykę dba tylko matka przyroda, potężnym tchnieniem swoim szybko niszcząc niedołężne dzieła ludzkie, aby na gruzach murów malownicze kępy bujnej zieleni zaszczepić.
Komunikacja pomiędzy miastem i przystanią odbywa się za pomocą windy, która mi żywo przypomniała wjazd do salin47 wielickich, lub też przy pomocy elektrycznych tramwajów linowych.
Wydostawszy się na górę, znajdujemy się naprzeciw nowego, wcale ładnego ratusza i jesteśmy za brudy i zaduch portowy sowicie wynagrodzeni przez przecudną panoramę, jaka się z tego miejsca na całą zatokę odkrywa. Zmrok szybko zapada i w kilka minut po zachodzie słońca mamy już zupełną zmianę dekoracji: niebo różowe i fioletowe jak na obrazach impresjonistów; zatoka odbija wiernie jak lustro kolory nieba, ląd zaś zlewa się w jednolitą, czarną masę, a patrząc ku zatoce, oko spotyka ostre kontury domów, sylwetki palm i drzew mangowych, jakby atramentem na różowo-fiołkowym tle odrysowane. Jeszcze chwila i pozostało już tylko czarne niebo, czarna woda i czarne miasto, usiane miriadami48 gwiazd, światełek okrętowych i ogni w domostwach.
Bahia dos Todos os Santos (Zatoka Wszystkich Świętych), zwana inaczej San Salvador, liczy obecnie do 300 000 mieszkańców, zajmuje przeto drugie miejsce w Brazylii; posiada stały teatr i akademię medyczną. Nazwać by je można miastem Murzynów i kościołów, pierwsi bowiem stanowią 4/5 ludności całkowitej, kościołów zaś i klasztorów miasto i okolica liczy przeszło 70.
Większość klasztorów stoi co prawda dzisiaj pustkami, licząc zaledwie po kilku zakonników. Bahia jest siedliskiem arcybiskupa i religijną stolicą rzeczypospolitej. Jest to jeden z najważniejszych portów handlowych Brazylii, a dochody celne tutejszej komory dochodzą do pokaźnej cyfry49 25 milionów franków rocznie.
Produktem wywozu był dawniej wyłącznie cukier trzcinowy, z powodu jednak przesilenia w cukrownictwie plantatorowie przerzucają się coraz bardziej na inne pola produkcji, mianowicie kawę, kakao, wreszcie tytoń, mający ustaloną już dzisiaj sławę, którego się wywozi w postaci liści i gotowych cygar za sumę 17 milionów franków.
Prowincja Bahia, należąca pomimo gorącego i niezdrowego swego klimatu do najludniejszych i najdawniej zamieszkałych w Brazylii, rozpada się na trzy odrębne regiony: wybrzeże (Reconcavo), zajmujące się uprawą cukru i kawy już od trzech wieków, wnętrze kraju (Sertao), obfitujące w łąki i wodę, gdzie się mieszkańcy oddają przeważnie hodowli bydła, oraz lesiste południe, graniczące z dziką prowincją Espiritu Santo50, gdzie powstają wśród puszczy, przeważnie włoskie, kolonie rolnicze, uprawiające kakao, mais, maniok51 i owoce południowe. Koloniści europejscy niechętnie ściągają się w te strony, nie tyle ze względów klimatycznych — dla Włochów bowiem i Hiszpanów upały tutejsze nie są przykre, a febry żółtej poza strefą nadmorską nie ma — lecz głównie z powodu smutnej tradycji niewolnictwa, zbyt świeżej jeszcze tutaj, w jednym z najdawniejszych ognisk plantatorskiego kańczuga, aby brazylijscy fazendeiros52 nie zapominali od czasu do czasu, iż prawo z dnia 13 marca 1888 r. odebrało im na zawsze władzę batoga nad robotnikami. Stąd liczne nadużycia, często zajścia krwawe pomiędzy chlebodawcami a pracownikami, coraz większy ubytek rąk i coraz większy upadek wielkiej własności ziemskiej, ratującej zagrożone swoje istnienie sztucznym podtrzymywaniem imigracji europejskiej i wyzyskiwaniem pracy nowo przybyłych, nieobeznanych z warunkami miejscowymi wychodźców. Ponieważ jednak Włosi coraz trudniej oszukiwać się dają, w roku zeszłym rząd związkowy53 postanowił sprowadzić do Bahia i Pernambuco „kolonistów” chińskich. Jest to usiłowanie przywrócenia niewolnictwa w nowej postaci, tak samo, jak to uczyniło Peru przed kilkunastu laty dla dogodzenia wielkim plantacjom cukrowym. Zresztą w podobnych warunkach „liberalni” Francuzi ściągają do zabójczego klimatu swoich podzwrotnikowych kolonii kulisów54 indyjskich, a australscy55 plantatorowie kanaków56...