Samo miasto Bahia, w którym 77 000 niewolników murzyńskich po uwolnieniu osiadło, jest niemożliwie brudne. Oprócz ratusza i nowo wybudowanej szkoły normalnej57 nie ma ani jednego gmachu, który by odpowiadał skromnym nawet wymaganiom estetycznym. Wynagradza to sowicie urocze położenie miasta i bogactwo podzwrotnikowej roślinności.

Drożyzna jest równie wielka jak w Rio Janeiro, np. za przewiezienie na ląd kilku osób, tj. za 10 minut wiosłowania musimy po długim targu zapłacić dwóm brudnym Murzynom 10 milreisów58, tj. prawie 20 franków podług ówczesnego kursu, a za bardzo skromny obiad w hotelu — po 3 milreisy od osoby.

O północy, opłaciwszy uśpienie argusowej59 czujności stróża bezpieczeństwa publicznego, mającego surowy nakaz niewypuszczania nikogo z miasta po dziewiątej wieczorem, powracamy na pokład „Congo” i zaraz potem podnosimy kotwicę, pozostawiając na gładkich jak lustro wodach zacisznej zatoki ognistą smugę iskier fosforycznych.

6 sierpnia straciliśmy od rana wybrzeże z oczu. Ostry i silny wiatr południowy utrudnia nam żeglugę: zamiast 330, przebyliśmy tylko 250 mil morskich w przeciągu doby. Przecie po raz pierwszy od chwili wyjazdu z Europy morze przestaje być podobne do wielkiej balii z rozpuszczoną farbką i majestat swój nam okazywać raczy, wstrząsając groźnie pienistą grzywą bałwanów. Fale 3–4 metrów wysokie biją o boki parowca, rozpylając się w słoną mgłę wodną, połyskującą w słońcu jak deszcz brylantowy. Przezorniejsi, a bardziej zajęczego serca podróżni rozpytują uśmiechających się złośliwie majtków o środki ratunkowe na wypadek rozbicia okrętu; słabsze niewiasty jęczą po kajutach. Nie cierpią one bynajmniej na chorobę morską, o nie! „on est trop vieux marin pour ça60, to tylko kucharz coś niestrawnego dał na śniadanie, a upał w tych szerokościach dusi... choć termometr wskazuje tylko +16° C.

8 sierpnia przy pogodzie przecudnej przechodzimy w odległości zaledwie paruset metrów od starannie omijanego przez statki skalistego cypla Cabo Frio. Wysoka na paręset metrów skała granitowa o stożkowatym szczycie spada pionowo do morza, aż do szczytu prawie wygładzona przez bijące o nią bałwany; od strony lądu pokrywa ją rzadka, żółtawa roślinność.

Parowiec zmienia kierunek na zachodni i odtąd mamy wciąż przed oczami szereg dzikich, skalistych wysepek, zakrywających górzyste i leśne wybrzeża.

O drugiej po południu wchodzimy do wąskiego kanału prowadzącego do zatoki Rio de Janeiro. Wejście zamyka kilka granitowych wysepek stożkowatego kształtu, gładko wypolerowanych przez bałwany i ozdobionych gdzieniegdzie kępami palm kokosowych i bombaksów61. Brzegi kanału dzikie i skaliste.

Szczegół godny uwagi, iż z powodu braku mrozów granity i w ogóle skały w krajach równikowych wietrzeją z wolna, nie krusząc się na odłamy skalne, tak charakterystyczne dla krajobrazów górskich w Europie. Stąpając wszędzie bezpośrednio po powierzchni zwietrzałego granitu, nie widzimy nigdzie twardych brył kamiennych, których dopiero w parowach i sztucznych odkrywkach szukać trzeba. Stąpamy wszędzie po krwawoczerwonej glebie, zwanej terra roxa, stanowiącej największe bogactwo Brazylii, na niej bowiem najlepiej kawa się udaje. Stąd owe dziwne, nieznane gdzie indziej ostrokręgowe62 kształty granitowych gór brazylijskich, powtarzające się z matematyczną ścisłością na każdym kroku; z drugiej strony widzieć można częstokroć urwiska na pozór złożone z granitu lub gnejsu o charakterystycznym złożeniu kryształów, które za dotknięciem rozsypują się w tłustą glinę.

Wpływamy wreszcie do zatoki. Na lewo znany czarny stożek Pao de Azucar63; za nim w głębi, mgłą lekką przysłonięte, zielone szczyty Corcovado i Tijuca. Na prawo — drugi stożek granitowy, rodzony brat Pao de Azucar, u stóp którego rozsiadła się wykuta w skale cytadela. Przed nami dość wąska i długa, zaciszna zatoka o wodach szmaragdowych, zewsząd okolona wysokimi górami, a na jej brzegach i wzgórzach pobliskich, jak Morro de Sao Francisco, de Sta Theresa64 etc. rozsiadło się na kilkomilowej przestrzeni przeplatane zielenią pięknych ogrodów miasto, liczące dzisiaj już do 800 000 mieszkańców.

Gdyby nie pióropusze palm kokosowych, wystrzelające zewsząd, i nie czarne, małpie twarze uwijających się wokoło marynarzy, można by mniemać, że się znajdujemy na jednym ze szmaragdowych jezior tyrolskich, dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeobrażonym w przystań morską, tak dalece położenie zamkniętej zewsząd zatoki jest do okolic Gmunden65 np. podobne. Też same wody spokojne, pięknie szmaragdowej barwy, też same dzikie skały wokoło, też same wille i sady, rozrzucone na stokach górskich.