Inżynier stał nieruchomo, wytężając słuch, ze wzrokiem wlepionym w otchłań, nie mówiąc ani słowa.
Marynarz zbliżył się do niego i dotykając jego ramienia, powiedział:
— Panie Smith!
— Czego sobie życzysz, przyjacielu? — odparł inżynier, jakby zbudzony ze snu.
— Pochodnie niebawem zgasną.
— A więc w drogę! — odparł Cyrus Smith.
Grupka kolonistów opuściła pieczarę i zaczęła wspinać się pod górę ciemnym korytarzem. Top zamykał pochód, warcząc jeszcze od czasu do czasu. Droga była dość uciążliwa. Zatrzymali się chwilkę w górnej grocie, która tworzyła rodzaj półpiętra w połowie długich granitowych schodów. Potem ruszyli dalej.
Wkrótce owiało ich świeże powietrze. Kropelki wody zdążyły wyparować i nie połyskiwały już na ścianach. Pełgające światło pochodni bladło coraz bardziej. Pochodnia Naba całkiem zgasła i trzeba się było spieszyć, żeby nie błądzić w zupełnych ciemnościach.
Tak też zrobili i nieco przed czwartą, w chwili gdy z kolei zgasła pochodnia marynarza, Cyrus Smith i jego towarzysze dotarli do otworu odpływowego.