— No, co tam — ciągnął dalej Pencroff — tego jestem przynajmniej pewny, że Nab się dziś popisze. Popatrzcie. Ta parka pekari ma zaledwie trzy miesiące. Będą delikatne jak przepiórki... Chodź, Nabie, chodź! Ja sam dopilnuję ich upieczenia.

Marynarz, prowadząc za sobą Naba, poszedł do kuchni i pogrążył się w pracy nad przyrządzaniem ulubionej zwierzyny.

Zostawiono mu pełną swobodę. Obaj z Nabem przygotowali wspaniałą ucztę złożoną z dwóch pekari, zupy z kangura, wędzonej szynki, orzeszków pinii, napoju z korzenia smokowca, herbaty Oswego — słowem ze wszystkiego, co mieli najlepszego. Ale wśród wszystkich potraw w pierwszym rzędzie figurować miały smakowite, duszone pekari.

O piątej podano obiad w dużej sali Granitowego Pałacu. Zupa z kangura parowała na stole. Uznano ją za wyborną.

Po zupie przyszły pekari. Pencroff chciał sam je pokroić i poobdzielał współbiesiadników olbrzymimi porcjami.

Prosiaki były rzeczywiście wspaniałe i Pencroff pochłaniał swoją część z wielkim apetytem, gdy naraz krzyknął i zaklął.

— Co się stało? — spytał Cyrus Smith.

— Stało się... stało się... że sobie złamałem sobie ząb! — odpowiedział marynarz.

— Ech, czyżby w pańskich pekari były kamyki? — zapytał Gedeon Spilett.

— Widocznie tak — odpowiedział Pencroff, wyjmując z ust przedmiot, który go przyprawił o utratę zęba.