Pchane dwoma wiosłami czółno posuwało się lekko po powierzchni wody. Gedeon Spilett, z ołówkiem w jednej ręce, z notatnikiem w drugiej, szkicował kontury brzegu. Nab, Pencroff i Harbert rozmawiali, przypatrując się nieznanej im okolicy. W miarę jak łódź płynęła na południe, obydwa Przylądki Szczęki zdawały się zwierać i zaciskać wokół Zatoki Stanów Zjednoczonych.
Cyrus Smith milczał i po prostu patrzył, a jego nieufne spojrzenie zdradzało, że obserwuje nieznaną i obcą krainę.
Po trzech kwadransach żeglugi łódź dotarła prawie do samego cypla, a Pencroff przygotowywał się, żeby go okrążyć, gdy Harbert, podniósłszy się w łodzi, wskazał jakąś czarną plamę i powiedział:
— Co tam leży na brzegu?
Oczy wszystkich zwróciły się we wskazanym kierunku.
— Rzeczywiście — odezwał się reporter — coś jest. Wygląda jak szczątki rozbitego statku zagrzebane do połowy w piasku.
— Ach! — zawołał Pencroff. — Już wiem, co to jest!
— Co takiego? — zapytał Nab.
— Beczułki, i to beczułki może nawet pełne! — odparł marynarz.
— Niech pan przybije do brzegu, Pencroffie — powiedział Cyrus Smith.