— Co za potwór! — zawołał Nab.
Określenie było całkiem usprawiedliwione, był to bowiem wieloryb południowy długości osiemdziesięciu stóp, prawdziwy olbrzym, ważący co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy funtów.
Co dziwne, wieloryb nie poruszał się i nie próbował, szamocząc się, wrócić do morza, korzystając z trwającego przypływu. Zagadka ta wyjaśniła się wkrótce, gdy podczas odpływu koloniści obeszli zwierzę dookoła.
Wieloryb już nie żył. Z lewego boku wystawał mu harpun.
— Czyżby w tych stronach pływali wielorybnicy?... — odezwał się Gedeon Spilett, ujrzawszy harpun.
— A to dlaczego? — spytał marynarz.
— Bo ten harpun nadal tkwi w jego boku...
— Ech, panie Spilett, to niczego nie dowodzi — odparł Pencroff. — Widziano wieloryby, które przepłynęły tysiące mil z wbitym w ciało harpunem, i choćby ten został ugodzony na północnym Atlantyku, a przypłynął zginąć tutaj na południu Pacyfiku, nie byłoby w tym nic dziwnego.
— Jednak... — zaczął Gedeon Spilett, którego wyjaśnienie Pencroffa niezbyt zadowalało.
— To najzupełniej możliwe — odpowiedział Cyrus Smith. —- Obejrzyjmy jednak ten harpun. Możliwe, że zgodnie z rozpowszechnionym zwyczajem wyryto na nim nazwę statku.