W tym czasie Gedeon Spilett oparty o podstawę masztu szkicował ołówkiem panoramę rozciągającą się przed jego oczyma.
Cyrus Smith rozglądał się w milczeniu.
— No, panie Cyrusie — odezwał się do niego Pencroff — co pan powie o naszym statku?
— Zdaje się, że dobrze się spisuje — odpowiedział inżynier.
— Doskonale. Czy teraz sądzi pan, że można by na nim zaryzykować dłuższą podróż?
— Jaką podróż, Pencroffie?
— Na wyspę Tabor, na przykład.
— Przyjacielu — odpowiedział Cyrus Smith — sądzę, że gdyby zaszła pilna konieczność, powinniśmy bez wahania zawierzyć „Bonawenturze” nawet na dłuższy dystans. Ale wie pan, z jakim niepokojem przyjąłbym pana podróż na wyspę Tabor, ponieważ nic pana do tego nie zmusza.
— Dobrze jest znać swoich sąsiadów — odparł Pencroff, obstając przy swoim pomyśle. — Wyspa Tabor to nasza sąsiadka, i to jedyna! Grzeczność wymaga, aby przynajmniej złożyć jej wizytę.
— Do licha! — odezwał się Gedeon Spilett. — Nasz przyjaciel Pencroff stoi jak mur przy konwenansach.