— Jestem do usług, panowie.
Jak zwykle Cyrus Smith wyciągnął do niego rękę i prowadząc go do okna, powiedział:
— Prosiliśmy pana o przybycie, Ayrtonie, z bardzo ważnego powodu. W pobliżu wyspy widać jakiś statek.
Początkowo Ayrton nieco pobladł, a w jego oczach pojawił się niepokój. Potem wychylił się przez okno, przebiegł wzrokiem widnokrąg, ale niczego nie dostrzegł.
— Niech pan weźmie lunetę — powiedział Gedeon Spilett — i popatrzy uważnie, bo możliwe, że to „Duncan” wraca, by zabrać pana do ojczyzny.
— „Duncan”! — wyszeptał Ayrton. — Już!
To ostatnie słowo jakby mimowolnie wymknęło się z ust Ayrtona, który wsparł głowę na rękach i stał nieruchomo.
Czyżby dwadzieścia lat wygnania na odludnej wysepce nie wydawało mu się jeszcze dostateczną karą? Czyżby skruszony grzesznik nie czuł się jeszcze rozgrzeszony we własnych oczach czy też w oczach innych ludzi?
— Nie! — zawołał. — Nie, to nie może być „Duncan”!
— Proszę się uważnie przyjrzeć, Ayrtonie — powiedział na to inżynier. — To dla nas bardzo ważne, żebyśmy zawczasu wiedzieli, czego się spodziewać.