— Bynajmniej! Mówię to jako mechanik i nic więcej. Bardzo mi tu dobrze i szczerzebymi żal było opuścić tę kollekcyję oryginałów, którą traf zgromadził na okręcie dla mej przyjemności.

— Oryginałów! — zawołałem, patrząc na pasażerów napływających do salonu. — Ależ wszyscy ci ludzie są do siebie podobni!

— A! widać, że ich pan zupełnie nie znasz — odpowiedział doktór. — Gatunek jest ten sam — to prawda, lecz w tym gatunku ileż odmian. Uważaj pan tam, to grono mężczyzn, pozwalających sobie nogi na dywan wyciągać, a kapelusze wtłaczać na głowę. Są to Yankeesi, z małych stanów Maine, Vermont albo Connecticut, przedstawiciele nowej Anglii, ludzie sprytni i czynni, trochę za nadto ulegli przewielebnym, ale mający tę wadę, że nie zasłaniają ręką ust, kiedy kichają. Ach! kochany panie, są to prawdziwi Saksoni, charaktery goniące za zyskiem i korzyścią tylko. Zamknij pan dwu Yankeesów w jednym pokoju, a w przeciągu godziny, każdy z nich zarobi dziesięć dollarów od drugiego!

— Nie będę się pana pytał, w jaki to sposób — śmiejąc się odrzekłem doktorowi — ale pomiędzy niemi widzę jakiegoś małego z nosem zadartym, prawdziwą chorągiewkę. Ubrany jest w długi surdut i czarne spodnie trochę przykrótkie. Kto to jest ten Pan?

— To pastor ewangelicki, człowiek znakomity z Massachussets. Jedzie za żoną, byłą ochmistrzynią, bardzo korzystnie wciągniętą w jakąś sławną sprawę.

— A ten drugi wysoki i ponury, który wydaje się zatopiony w swoich wyrachowaniach?

— Ten człowiek rachuje rzeczywiście — powiedział doktór. — On zawsze i ciągle obrachowuje.

— Zagadnienia?

— Nie, swój majątek. Jest to znakomity człowiek. O każdej godzinie wie, ile posiada, prawie do centyma. Jest on majętny. Jeden cyrkuł New Yorku jest zbudowany na jego gruntach. Przed kwadransem miał milion sześćset dwadzieścia pięć tysięcy, trzysta sześćdziesiąt siedem dollarów i pół; w tej chwili ma tylko milion sześćset dwadzieścia pięć tysięcy trzysta sześćdziesiąt siedem dolarów i ćwierć.

— Skądżeż ta różnica w jego majątku?