— Nie — odrzekłem — nie chcę zakłócać inkognita tego widma. Zresztą wolę myśleć, że nasz doktór żartuje.

— Ja nie żartuję — odpowiedział uparty Pitferge.

— Ależ pozwól doktorze — rzekłem. — Czy pan rzeczywiście wierzysz w umarłych, którzy powracają na pokład statków?

— Wierzę nawet w umarłych, którzy zmartwychwstają — odpowiedział doktór — a tembardziej dziwnem to się może wydawać, że jestem lekarzem.

— Lekarzem! — powtórzył kapitan Corsican, odsuwając się, jakby go ten wyraz zaniepokoił.

— Uspokój się kapitanie — odrzekł doktór z miłym uśmiechem — nie trudnię się praktyką w podróży!

XIV

Nazajutrz pierwszego kwietnia, morze miało pozór wiosenny. Zieleniło się jak łąka pod pierwszemi promieniami słońca. Ten wschód słońca kwietniowy na Atlantyku, był cudowny. Fale toczyły się roskosznie, a kilku delfinów pląsało, jak clowny wśród mlecznego śladu okrętu.

Spotkałem kapitana Corsicana. On mi opowiedział, że duch zapowiedziany przez doktora, uważał za niestosowne pokazywać się. Zapewnie noc nie była dosyć ciemną dla niego. Przyszło mi na myśl, że to była mistyfikacyja Pitferge’a, której użył na pierwszego kwietnia, gdyż w Ameryce, w Anglii równie jak we Francyi, zwyczaj ten jest bardzo rozpowszechniony. A oszukujących i oszukiwanych w tym dniu nie brakowało. Jedni się śmiali, inni gniewali. Nawet zdaje mi się, były tam i uderzenia pięści, lecz między saksonami te uderzenia pięścią nigdy się nie kończą uderzeniem szabli. Wiadomo istotnie, że w Anglii pojedynek sprowadza bardzo srogie kary. Oficerom i żołnierzom nawet zabroniono bić się, z jakiegokolwiek by to miało być powodu. Zabójca jest skazany na kary cielesne i hańbiące w najwyższym stopniu; przypominam sobie, że doktór wymieniał mi nazwisko jednego oficera, który jest na wygnaniu od lat dziesięciu, za to, że zranił śmiertelnie swego przeciwnika w pojedynku nawet bardzo prawnym. Łatwo więc pojąć, że w obec tak surowego prawa, pojedynek znikł zupełnie z zakresu obyczajów brytańskich.

Przy tak pięknem słońcu, obserwacyja południa była bardzo dobra. Wypadło z niej, że szerokość była 48°47’ długość 36° 48’, a przebieg dwieście pięćdziesiąt mil tylko. Najmniej szybki zaatlantycki statek, miał prawo zrobić nam zarzut. To bardzo gniewało kapitana Andersona. Inżynier przypisywał ten brak szybkości niedostatecznemu przewiewowi nowych ognisk. Ja myślałem, że ta wada ruchu głównie pochodziła od kół których średnicę nieroztropnie zmniejszono. Jednak tego dnia około godziny drugiej, nastąpiło polepszenie w szybkości parostatku!