Postawa dwojga młodych narzeczonych odkryła mi tę zmianę. Oparci o parapet z boku okrętu, szeptali jakieś radosne wyrazy i klaskali w ręce. Patrzeli z uśmiechem na rury, które się wznosiły wzdłuż kominów „Great Easternu” i których otwór pokrywał się lekką parą białą. Ciśnienie poszło w kotły szruby i silne działanie zmusiło klapy, których ciężar dwudziestu i jeden funtów na każdy cal kwadratowy nie mógł dłużej wstrzymać. Było to zaledwie słabe wciągnienie powietrza, mało znaczący oddech, podmuch, lecz nasi młodzi ludzie połykali go wzrokiem. Nie! Dyjonizy Papin nie był szczęśliwszym, kiedy zobaczył parę na pół wznoszącą pokrywę swego sławnego kociołka!
— Wychodzi para, wychodzi para! — wykrzyknęła młoda miss, a lekka para wychodziła także z jej ust wpółotwartych.
— Chodźmy zobaczyć machinę! — odrzekł młody człowiek, przyciskając rękę swej narzeczonej.
Dean Pitferge przyłączył się do mnie. Poszliśmy za zakochaną parą.
— Jakie to ładne! młodość! — powtarzał mi.
— Tak — odpowiedziałem — młodość we dwoje.
Wkrótce i my byliśmy pochyleni na drzwiczkach machiny szrubowej. Tam na dnie tej głębokiej studni, na sześćdziesiąt stóp pod naszemi oczami, spostrzegliśmy cztery długie wały poziome, które się przechylały jeden za drugim, zwilgotniając się za każdem poruszeniem, kroplą oliwy śliskiej.
Tymczasem młody człowiek wyjął zegarek, a panna pochylona na jego ramieniu patrzyła na skazówkę, pokazującą sekundy. Podczas gdy ona patrzyła, jej narzeczony rachował obroty szruby.
— Jedna minuta! — powiedziała.
— Trzydziesta siedm obrotów! — odrzekł młody człowiek.