Miejsca zostały wylosowane. Szczęście sprzyjało Irlandczykowi; wyciągnął bowiem miejsce przy sznurku. Sześciu ścigających się stanęło wszeregu, przy słupie. Nie było żadnej obawy o sfałszowanie punktu wyruszenia, co ułatwiało zadanie komisarza. Dano znak. Z okrzykiem rozpoczęły się wyścigi. Zaraz znawcy poznali, że Wilmore i O’Kelly, byli to szybkobiegi z profesyi. Nie troszcząc się o swoich współzawodników, którzy ich wyprzedzali zadyszani, biegli oni z postawą trochę pochyloną, głową wyprostowaną, z przedramieniem przyciśniętem do mostka, z pięściami lekko wzniesionemi naprzód, poruszającemi się na przemian za każdem postawieniem stopy przeciwnej. Byli zupełnie bez obuwia. Pięty nie dotykały nigdy ziemi, pozostawiały im więc konieczną sprężystość dla utrzymania siły nabytej. Jednem słowem, wszystkie ich poruszenia były z sobą w związku i uzupełniały się nawzajem.

Za drugim obrotem, O’Kelly i Wilmore, ciągle razem, wyprzedzili swoich zadyszanych spółzawodników. Dowodzili do oczywistości prawdy tego pewnika, który mi powiedział doktór:

— Nie nogami się biega, lecz piersią! Kolano — rzecz dobra, lecz płuca lepsza!

Przy przedostatnim obrocie, widzowie okrzykami witali znowu swoich ulubieńców. Ze wszystkich stron powstały zachęcenia, okrzyki i oklaski.

— Mały wygra — rzekł mi Pitferge. — Patrz pan, on nie sapie. Jego współzawodnik jest zziajany.

Wistocie, Wilmore miał twarz spokojną i bladą, O’Kelly dymił jako ognisko z mokrej słomy. Był „pod batem” używając wyrażenia szwargotu sportsmenów. Lecz obadwa trzymali się wrównej linii. Nakoniec, przebiegli wielki rudel; przebiegli drzwiczki od machiny, i przebiegli słup wyścigowy...

— Brawo! brawo! Wilmore! — wołali jedni.

— Brawo! O’Kelly! — odpowiadali inni.

— Wilmore wygrał.

— Nie, gdyż przybiegli „razem”.