Zaledwie „Great Eastern” zmienił kierunek; zaledwie zwrócił się tyłem do fal, zaraz zaprzestał się kołysać. Była to nieruchomość zupełna, następująca po gwałtownej ruchliwości. Podano śniadanie. Większa część pasażerów, zapewnionych spokojnością okrętu, zeszła do jadalnej sali. Można było jeść, nie doznając żadnego poruszenia ani szturchnięcia. Ani jeden talerz nie spadł na ziemię; wszystkie szklanki utrzymywały się na stole. Lecz w trzy kwandranse później, meble rozpoczęły swe gibotanie, wszystko zawieszane bujało w powietrzu, porcelana potrącała się na półkach kredensu. „Great Eastern” rozpoczął swą drogę na zachód, na chwilę przerwaną.
Wyszedłem na pokład z doktorem Pitferge. Spotkaliśmy człowieka z lalkami.
— Panie — rzekł do niego doktór — cały ludek pana okropnie ucierpiał. Otóż i po niewiniątkach, które nie będą mówiły w Stanach Zjednoczonych.
— O! — odpowiedział przemyślny paryżanin — pakunek był ubezpieczony, a mój sekret z nim nie zatonął. Narobimy nowych takich lalek.
Mój spółziomek nie łatwo rozpaczał, jak widać. Ukłonił się nam uprzejmie, a my poszliśmy na tył parostatku. Tam sternik powiedział nam, że łańcuchy od rudla były poplątane wczasie przestanku między dwoma uderzeniami morza.
— Gdyby się ten wypadek zdarzył w czasie obrotów okrętu — powiedział Pitferge — niewiem co by mogło nastąpić, gdyż woda strumieniem płynęła na okręt. Już pompy parowe rozpoczęły wylewać wodę. Lecz to jeszcze nie koniec.
— Co się zrobiło z tym nieszczęśliwem majtkiem? — zapytałem doktora.
— Niebezpiecznie ranny w głowę. Biedny człowiek! Jest to młody rybak, żonaty, ojciec dwojga dzieci, odbywający pierwszą podróż po morzu. Doktór okrętowy ręczy za jego zdrowie, i to właśnie sprawia, że się oń obawiam. Zresztą, zobaczymy. Rozeszła się też pogłoska, że kilku ludzi zostało porwanych, ale na wielkie szczęście, jestto fałsz.
— Nakoniec — spytałem — wróciliśmy na naszę drogę?
— Tak — odpowiedział doktór — płyniemy drogą na zachód przeciwko wiatrowi i przypływowi morza. Czuć to można dobrze — dodał, chwytając się haczyka aby nie upaść na pomost. — Wiesz kochany panie, cobym zrobił z „Great Easternu” jeżeliby on do mnie należał? Nie wiesz? Otóż zrobiłbym z niego statek zbytkowy, po dziesięć tysięcy franków od osoby. Płynęli by na nim tylko milijonerzy, ludzie, którzy się nie śpieszą. Przez miesiąc albo sześć tygodni płynąłby z Anglii do Ameryki. Nigdy nie byłoby fali w poprzek. Zawsze wiatr z przodu lub wiatr wtyle. Ale też nie było by żadnych huśtań ani kołysań. Moi podróżni byli by zabezpieczeni przeciwko chorobie morskiej i płaciłbym im po sto franków za znudzenie w podróży.