— Otóż to jest myśl praktyczna — odpowiedziałem.
— A tak! — odparł Dean Pitferge — możnaby zrobić pieniądze... albo stracić! Tymczasem parostatek odbywał swą drogę zwolna, obracając pięć albo sześć razy koła co najwięcej, tak aby się utrzymać. Kołysanie bałwanów było przerażające, lecz sztuka drzewa z przodu okrętu przerywała fale, normalnie, a „Great Eastern” nie przyjmował żadnego statku morskiego. Niebyła to już wcale góra metalowa idąca przeciwko górze wody, lecz skała silna, nie zwracająca uwagi na kołysanie bałwanów. Zresztą deszcz zaczął potokami padać, co nas zmusiło schronić się pod wystawą dużego salonu. Przez tę ulewę ustał wiatr i morze się uspokoiło. Niebo się rozjaśniło na zachodzie i ostatnie wielkie chmury rozeszły się w stronę przeciwną. O godzinie dziesiątej huragan zawiał raz ostatni. O dwunastej można było mniej więcej oznaczyć punkt w którym byliśmy:
Szer. 41° 50’ P.
Dłu. 61° 57’ Z.
Bieg. 193 mil.
To znaczne zmniejszenie w przeliczanej drodze można było przypisać jedynie burzy która podczas nocy i poranku bezustannie uderzała o okręt; burzy tak okropnej, że jeden z podróżnych, — prawdziwy mieszkaniec oceanu który go przepływał po raz czterdziesty, — nie widział podobnej ani razu. Inżynier wyznał nawet, że od czasu owego uraganu, kiedy „Great Eastern” pozostawał przez trzy dni w bałwanach fal, okręt nie był zaatakowany z tak wielką gwałtownością. Lecz trzeba i to dodać, że zadziwiający ten parostatek, jeżeli płynie wolno i kołysze się bardzo, przedstawia w obec nawałnic morskich zupełne bezpieczeństwo. Utrzymuje się jak kloc pełny, a tę wytrwałość swoję zawdzięcza doskonałej jednorodności budowy, podwójnemu dnu i zadziwiającym bokom swego pokładu. Lecz powiedzmy i to także. Chociaż on jest tak silny nie trzeba go bez powodów wystawiać przeciwko wzburzonemu morzu. Jakkolwiek jest wielki, jakkolwiek silnym się wydaje; okręt nie jest przecież zniesławionym, jeżeli ucieka przed burzą. Dowódca okrętu nie powinien nigdy zapominać, że życie jednego człowieka więcej znaczy niż zadowolenie miłości własnej. W każdym wypadku upierać się przy swojem jest niebezpiecznie, zapędzać się nagannie; a przykład niedawny smutnego wypadku, który się zdarzył na jednym ze statków zaoceańskich, przekonywa, że kapitan nie powinien nad możność walczyć z morzem, chociażby czuł nawet następujący na swe pięty okręt towarzystwa spółzawodniczącego.
XXV
Pompy tymczasem nie przestawały wyczerpywać tego jeziora, które się utworzyło wewnątrz „Great Easternu”, jak laguna w środku jakiej wyspy. Pompy silnie a szybko działające za pomocą pary, oddawały oceanowi, co do niego należało. Deszcz przestał padać, wiatr był znowu chłodny, niebo oczyszczone burzą, było czyste. Kiedy noc nastąpiła, chodziłem przez kilka godzin po pokładzie. Z salonów przez okienka na wpół otwarte, przedzierał się wielki blask światła. Z tyłu okrętu dopóki okiem można było dojrzeć, rozchodził się wir fosforyczny, rysujący się tu i owdzie na szczytach błyszczących fal. Gwiazdy pokazywały się i znikały jak to zwykle się dzieje w pośród chmur pędzonych silnym wichrem. W około i w oddaleniu rozciągała się noc ciemna i ponura. Przedemną grzmiał stukot kół, a nademną słychać było brzęk łańcuchów u rudla. Wracając do dużego salonu, zdziwiłem się bardzo, zobaczywszy ogromny tłok widzów. Rozlegały się oklaski. Pomimo nieszczęść dnia tego entertainment zwykle rozwijało niespodzianki swego programu. O majtku tak niebezpiecznie rannym, a może umierającym, nie było już nawet mowy. Zabawa, zdawało się, zajmowała wszystkich. Podróżni przyjmowali z wielkiemi demonstracyjami, występy minstreli na deskach „Great Easternu”. Wiadomo, co to są ci minstrele, śpiewacy wędrujący, czarni albo poczernieni według potrzeby przebiegający miasta angielskie, dając w nich śmieszne koncerty. Tą razą śpiewacy byli to tylko majtkowie albo usługujący na okręcie wysmarowani szuwaksem. Ubrali się w łachmany, przybrane w guziki z muszli morskich; mieli kornety zrobione z dwu butelek połączonych i drumle złożone z kiszek rozciągniętych na pęcherzu. Te trzpioty, dosyć zresztą, śmieszne, śpiewały piosnki zabawne i prowadziły rozmowę naszpikowaną konceptami niedorzecznemi i dwuznacznemi. Dawano im oklaski bez miary, a oni podwajali swe przedrzeźniania i skrzywienia. Wreszcie na zakończenie tancerz jakiś zręczny jak małpa, wykonał podwójny taniec, który zachwycił całe zgromadzenie.
Jakkolwiek zajmującym był program minstreli nie zgromadził jednak wszystkich podróżnych. Inni w wielkiej liczbie zapełniali salę z przodu okrętu i cisnęli się w koło stołów. Tam grano na znaczną stawkę. Wygrywający bronili zysku nabytego w ciągu podróży, przegrywający, których czas naglił, starali się zawładnąć losem zuchwałem rzucaniem kart. Z sali tej słychać było wielką wrzawę. Dolatywał nas głos bankiera, obwołującego rzuty, złorzeczenie przegrywających, dźwięk złota, szelest dollarów papierowych. Później nastawała głęboka cisza; jakiś śmiały rzut zatrzymywał wrzawę, a kiedy poznano rezultat, okrzyki się zdwajały.
Mało miałem stosunków ze zwykłemi uczestnikami smoking-room mam wstręt do gry. Jest to rozrywka zawsze gburowata, a często szkodliwa. Człowiek pasyjonowany do gry zawsze jej podlega; a niepodobieństwem jest, ażeby i inne złe namiętności nie przyłączyły się do niej. Wada ta zawsze pociąga inne za sobą. A trzeba i to jeszcze powiedzieć, że towarzystwo graczów składające się zawsze i wszędzie z różnorodnych osób, nie podoba mi się. Tam panował Harry Drake pośród swoich wiernych. Tam rozpoczynało to życie hazardowne kilku awanturników, udających się po szczęście do Ameryki. Unikałem spotkania się z owemi niespokojnemi ludźmi. Tego wieczora właśnie przechodziłem koło drzwi rudla nie wchodząc tam, gdy gwałtowne krzyki i wyrazy obelżywe zatrzymały mię. Stanąłem by się przysłuchać, a po chwilce przestanku, zdawało mi się z wielkiem podziwieniem, że słyszę głos Fabijana. Co on mógł robić w tem miejscu? Czy poszedł tam szukać swego nieprzyjaciela? Katastrofa której dotąd uniknęliśmy, miałaż teraz wybuchnąć?