Zakomunikowałem tę dobrą wiadomość Dean Pitferge’owi.

— Ręczy za nią! ręczy za nią! — odparł pomrukując mój towarzysz podróży — ja także ręczę za nią. Lecz cóż to dowodzi? Jeżeliby kto zaręczył za mnie, za pana, za nas wszystkich, mój kochany przyjacielu, możeby bardzo źle zrobił!...

W dwanaście dni później, przybyliśmy do Brestu, a nazajutrz do Paryża. Podróż z powrotem odbyła się bez żadnego wypadku, z wielkiem nieukontentowaniem Dean Pitferge’a, który ciągle oczekiwał rozbicia statku!

A kiedy usiadłem przy swoim stole, to, gdybym nie miał tych notatek z każdego dnia, ten „Great Eastern”, miasto pływające w którym zamieszkiwałem przez cały miesiąc, to spotkanie Ellen i Fabijana, ta nieporównana Nijagara; to wszystko wydałoby mi się snem tylko! Ach! co to za przyjemność podróżować, nawet kiedy się powraca, cokolwiek mówił o tem doktór! Przez osiem miesięcy nie słyszałem nic o moim oryginale. Ale dnia jednego oddano mi list z poczty, pokryty różnokolorowemi pieczątkami, który się rozpoczynał temi słowy:

„Na brzegu Coringuy skały podwodnej Auklandu. Przecież rozbiliśmy się...”.

A kończył się tak:

„Nigdy nie byłem zdrowszy!

Z całego serca Twój,

Dean Pitferge”.

Przypisy: