Na drugi dzień, podczas śniadania, Anna jak zwykle siedziała pośrodku gromadki dzieci; wtem naraz powstał ogromny hałas, odezwały się krzyki, jakby cała kopalnia waliła się i zapadała. Przestraszona niezmiernie, pobiegła w stronę, skąd dochodziły te wrzaski, ale scena, jaką tu zobaczyła, wstrząsnęła nią do głębi.

Franciszek leżał powalony na ziemi, a wokoło niego kłębił się tłum górników, wrzeszcząc i wygrażając leżącemu.

— Co to jest? co się tu stało? — zawołała z największem przerażeniem.

— Mała awanturka! — odrzekł spokojnie jeden z obecnych górników. — Wykryliśmy złodzieja i ukarzemy go stosownie do obyczaju górniczego.

— Złodzieja? i któż nim jest?

— A pan Franciszek, nowo upieczony apostoł, co wszystko w kopalni chce przewrócić do góry nogami!

— Franciszek?.. to nie podobna! Cóż to on zrobił takiego?

— Ni mniej, ni więcej, tylko poprostu temu oto panu, który zwiedzał kopalnię, ukradł zegarek.

— On? ukradł? Ależ to jest potwarz najszkaradniejsza!

— Nie broń go, Anno! — odezwał się poważnie drugi górnik — bo dowód mamy w ręku. Patrz, oto zegarek, który dziś spostrzegliśmy przy nim. Rozsądź sama, czy prosty robotnik, jak on, może podobnie kosztowną rzecz posiadać?