Ojciec dźwignął się wreszcie z wysiłkiem, i podpierając się laską, wyszedł pośpiesznie z mieszkania.
Marya, zarzuciwszy na siebie chustkę, pobiegła za nim. Ze wszystkich stron widziano ludzi, śpieszących ku kopalni; w powietrzu rozlegała się wrzawa strasznej rozpaczy; biegnące kobiety krzyczały, załamując ręce, dzieci płakały, dym kłębił się.
Kiedy Marya z ojcem doszli nareszcie do kopalni, ujrzeli przy wejściu do niej tłum ludzi, złożony z mężczyzn i kobiet, lecz Anny pomiędzy nimi nie było.
— Anna, gdzie jest moja Anna? — wołał ojciec, jak obłąkany. — Spuśćcie mnie w podziemie, a już ja ją odszukam i ocalę...
— Bądź cierpliwy, panie Iward! — odpowiedziano mu. — Czterech młodych górników przed chwilą udało się, aby ją odszukać, zaczekajmy chwilę. Nie traćmy nadziei!
Ojciec zbliżył się do otworu studni, wpatrzył się uważnie w jego głębię, śledząc uważnie najmniejsze poruszenie windy. Wreszcie, po dość długiej chwili oczekiwania, spostrzeżono, iż liny zadrgały; rozległo się skrzypienie wprawionej w ruch korby, tłum poruszył się, i po chwili w otworze szybu pojawiła się winda, wraz z uczepionymi przy niej czterema śmiałymi górnikami. Pomiędzy nimi Anny nie było...
— Obiegliśmy i obejrzeli wszystkie bliższe korytarze i komory, — rzekli, otrzepując ubrania z pyłu i kopciu — mimo to nie dostrzegliśmy Anny; musiała zatem pozostać w dalszych oddziałach, a tam dojść niepodobna, bo dostęp zamknęły gazy...
Okrzyk głębokiego żalu wyrwał się ze wszystkich piersi, jednak najwięcej narzekały dzieci, nie mogąc nawet pojąć, jak mogłaby zginąć tak nagle i tak okrutną męczeńską śmiercią ich Anna, taka dobra, i tak przez nie gorąco ukochana.
Stary Iward stał niemy z boleści, podtrzymywany przez dwóch silnych górników, gdyż w uniesieniu rozpaczy chciał skoczyć w otwierającą się przed nim przepaść, myśląc, że takim sposobem przyniesie ratunek swej ukochanej córce.
— Puśćcie mnie, puśćcie! — wołał co chwila, szamocząc się ze swymi stróżami. — Ona tam, biedaczka, wzywa pomocy... puśćcie mnie, puśćcie!...