Pan Iward patrzył nieruchomem okiem na te przygotowania.
Zdziwienie z powodu spotkania krewniaka, tak dawno niewidzianego, waśnią rodzinną oddalonego, ustąpiło przed myślą o niebezpieczeństwie, w jakiem znajduje się córka.
Nie słyszał i nie czuł, co się wkoło niego działo.
Franciszek, stojąc już w koszu windy, rzekł:
— Jeżeli zginiemy w tej pieczarze, polećcie dusze opiece i łasce Opatrzności.
— Tylko, panie Franciszku, nie narażaj się zbytecznie! — wołano wokoło.
— Owszem, przeciwnie! Zrobię wszystko, co tylko będę mógł uczynić, bo tak dobra dziewczynka, ten anioł kopalni, godną jest wszelkiego z naszej strony poświęcenia.
W kilkanaście sekund później słychać było już tylko samo skrzypienie obracanego koła, wreszcie winda dotknęła ostatniego pokładu i zatrzymała się.
Zadrgały liny.
Tłum zgromadzony, w milczeniu nasłuchiwał. Iward stał tuż nad przepaścią i patrzył w dół, a obok niego stała Marya, zalana łzami.