— A dlaczegóż nie prosisz o światło? — zapytała Anna. — Mógłbyś brać ze sobą książkę i czytać ją...
— Ach, panienko! — odrzekł chłopczyna z westchnieniem — kiedy czytać nie umiem...
— Nie było czasu myśleć o nauce! — szepnęła matka — już od roku pracuje w kopalni. Życie drogie, musi więc chłopiec na siebie zarabiać, bo inaczej nie dalibyśmy sobie rady.
— To może syn pani mógłby być użytym w kopalni do innego zajęcia?
— Lżejszego, panienko, już niema... Chybaby nosił węgle, albo woził je wózkiem, a to jeszcze trudniej, bo wtedy musiałby pełzać na rękach i kolanach pod skalistemi sklepieniami, częstokroć niemającemi więcej nad dwie stopy wysokości. Zresztą łańcuch i powróz, któremi się w takich razach krępują, ranią często aż do krwi.
— Ja się nie lękam niczego! — zawołał chłopczyk, ocierając usta — tylko obawiam się gniewu dozorcy min, gdyby mnie znalazł śpiącego, albo gdybym mu kazał długo stać u drzwi i klapy za zbliżeniem się jego nie otworzył.
— O, mój Boże, mój Boże! — zawołała płacząc z politowania — jakże pani może dziecię swoje skazywać na takie męczarnie!
— Trudno, moja panienko, trzeba żyć, a on, choć młody, jednak zarabia dziesięć pensów dziennie.
— Dziennie dziesięć pensów! — zawołała Anna z radością — ach! to więcej, niż mi potrzeba. Powiedz mi, błagam cię, czy w kopalni używają do roboty małych dziewczyn?
— Używają, owszem, ale jest to praca niezmiernie ciężka.