Pan Fogg, nie zrażając się tym wcale, kazał wciąż dokładać węgla, a następnie rozkazał Obieżyświatowi sprowadzić kapitana Speedy’ego.

Odważny chłopiec schodził do kajuty, jakby szedł do klatki tygrysa.

— Będzie pewnie wściekły — rzekł do siebie Obieżyświat.

Rzeczywiście, w kilka chwil później wśród krzyków i przekleństw kapitan jak bomba wpadł na pokład.

— Gdzie jesteśmy? — wrzasnął w szalonym gniewie.

— O siedemset siedemdziesiąt mil od Liverpoolu — odparł pan Fogg.

— Rozbójniku! — zawołał Andrew Speedy.

— Kazałem pana zawołać...

— Rabusiu morski!...

— ...aby — ciągnął dalej pan Fogg — aby zechciał pan sprzedać mi statek...