Phileas Fogg i jego towarzysze, zmieszawszy się z tłumem, znaleźli się wkrótce o pięćdziesiąt kroków od stosu, na którym spoczywało ciało radży. Obok trupa, nieruchoma, na wpół martwa, leżała nieszczęśliwa ofiara.

Zbliżono pochodnie do stosu i drzewo, przesiąknięte oliwą, zajęło się jasnym płomieniem. W tej chwili Cromarty i jego towarzysz przemocą zatrzymywali pana Fogga, który w szlachetnym szale chciał dopaść stosu. Silnie ich odepchnąwszy, już miał wykonać swój zamiar, gdy cały obraz nagle się zmienił. Rozległ się straszny krzyk i zebrany tłum z wielkim przerażeniem rzucił się na ziemię. Stary radża więc wcale nie umarł; widziano wyraźnie, jak podniósłszy się ze swego miejsca, straszny jak upiór, schwycił w swe ramiona swą młodą żonę i przesuwając się jak duch, przez obłoki dymu wynosił ją ze stosu.

Fakirzy, straże, kapłani w śmiertelnym strachu padli na ziemię, nie śmiąc podnieść oczu na ten cud.

Silne ramiona unosiły omdlałą postać młodej kobiety. Panowie Cromarty i Fogg stali jak wryci, nie wiedząc, co myśleć, przewodnik spuścił głowę. Zmartwychwstały zbliżył się tymczasem do pana Fogga i jego towarzyszy i wyszeptał: „Uciekajmy!”.

Był to Obieżyświat, który przez obłoki dymu przecisnął się do stosu. On to, korzystając z panującej jeszcze ciemności, wydarł śmierci młodą kobietę, to on z niesłychanym męstwem, wystawiając swoje życie na próbę, przechodził przez sparaliżowane strachem tłumy.

W jednej chwili usadowiono się na szerokim grzbiecie słonia i poczciwe zwierzę uniosło ich w szybkim pędzie. Ale szybko krzyk, wycia i wystrzelone w ślad za nimi kule powiadomiły ich, że poznano się na podstępie. Rzeczywiście, ochłonąwszy z przerażenia, zauważyli przy świetle płonącego stosu ciało starego radży. Nieobecność Aoudy kazała domyślać się porwania. Strażnicy, ruszywszy w ślad za nimi, strzelali z karabinów, ale nasi rabusie umknęli już daleko, tak że ani kule, ani strzały dosięgnąć ich nie mogły.

Rozdział XIV. Obojętność pana Fogga na piękno doliny Gangesu

Odważne porwanie udało się. Jeszcze godzinę później Obieżyświat zaśmiewał się ze szczęśliwego wyniku swego śmiałego przedsięwzięcia. Pan Cromarty ściskał serdecznie dłoń poczciwego chłopaka, a pan Fogg rzekł: „Dobrze”, co w ustach tego dżentelmena równało się największej pochwale. Obieżyświat na wszystko odpowiadał, że cała zasługa należy się panu Foggowi; on chciał tylko spłatać pociesznego figla, a na myśl, że on, niegdyś gimnastyk, eks-sierżant, był przez chwil kilka wdowcem pięknej kobiety, starym zabalsamowanym radżą, śmiał się do rozpuku.

Co do młodej kobiety, to pozostała w ciągłym omdleniu. Owinięta w pledy leżała w jednym z koszy. Słoń, kierowany pewną ręką przewodnika, pędził w głąb lasu pogrążonego jeszcze w ciemnościach. O siódmej zatrzymano się na odpoczynek. Młoda kobieta, zupełnie wyczerpana, leżała nieruchomo. Przewodnik wlał jej do ust trochę wody zmieszanej z wódką, ale stan odurzenia, w jakim się znajdowała, musiał potrwać jeszcze przez jakiś czas.

Pan Cromarty, któremu wpływ dymu z konopi dobrze był znany, nie niepokoił się tym wcale, zapewniając, że chora powróci stopniowo do normalnego stanu.