Powóz przejeżdżał z początku przez tak zwane „czarne miasto”, z wąskimi uliczkami i nędznymi domkami, w których mieszkali ludzie biedni i obdarci. Potem oczom ich ukazała się europejska część miasta, bardzo przyjemnie wyglądająca ze swymi domami z cegły ocienionymi drzewami, gdzie o rankiem widziało się elegancką młodzież rozpierającą się w zbytkownych zaprzęgach.
Zatrzymali się przed skromnie wyglądającym domem. Policjant, poprosiwszy swych więźniów, aby wysiedli, zaprowadził ich do pokoju o zakratowanych oknach.
— O wpół do dziesiątej staną panowie przed sędzią Obadiahem — rzekł, po czym opuścił pokój, zamknąwszy ich na klucz.
— Więc złapano nas! — zawołał Obieżyświat, osuwając się na krzesło.
Pani Aouda, zwracając się do pana Fogga, rzekła drżącym od wzruszenia głosem:
— Panie, musi pan mnie opuścić. To przeze mnie was prześladują.
Pan Fogg odpowiedział stanowczo, że to niemożliwe. Nie do pomyślenia, żeby byli ścigani za sprawę sati. Oskarżyciele nie ośmieliliby się wystąpić z takim zarzutem. Musiało tu zajść jakieś nieporozumienie. Pan Fogg dodał, że w żadnym razie nie opuści młodej kobiety, że odprowadzi ją do Hongkongu.
— Ale statek odpływa w południe — zauważył Obieżyświat.
— Przed południem będziemy na brzegu — rzekł spokojnie niewzruszony dżentelmen.
Słowa te były wypowiedziane z taką pewnością siebie, że Obieżyświat nie mógł się powstrzymać od powiedzenia do siebie: