Obieżyświat schwycił się za głowę. Nie śmiał spojrzeć na agenta. Co, Phileas Fogg złodziejem, wybawiciel Aoudy, człowiek tak szlachetny i prawy? Wszelkimi siłami starał się odsunąć podejrzenia, które mu się cisnęły do mózgu. Nie chciał i nie wierzył w winę swego pana.

— Więc czego pan właściwie chce ode mnie? — spytał Fixa.

— Otóż — odrzekł Fix — śledziłem pana Fogga aż do tego miejsca, ale nadal nie otrzymałem jeszcze rozkazu aresztowania, o który pisałem do Londynu. Musi mi pan pomóc w zatrzymaniu go w Hongkongu.

— Ja śmiałbym!...

— A ja podzielę się z panem moją nagrodą dwóch tysięcy funtów obiecanych przez Bank Angielski.

— Nigdy! — zawołał Obieżyświat, który chcąc powstać, upadł na krzesło, czując, że siły go opuszczają.

— Panie Fix — wybełkotał — gdyby nawet to, co pan mówi, było prawdą, gdyby pan mój był złodziejem, którego pan poszukuje, czemu stanowczo zaprzeczam... ja byłem... jestem u niego na służbie... widziałem, że on jest dobry i szlachetny... Jego zdradzić... nigdy... za żadne skarby świata. Jestem z kraju, w którym takiego chleba nie jedzą.

— Odmawia pan?

— Odmawiam!

— Zapomnijmy więc o całej sprawie i pijmy!