Wyczerpany zbyt długą walką z szalejącym żywiołem, mimo nadludzkich wysiłków nie mógł utrzymać się na nogach. Przerażało go to, że pozostawi ją samą, na łup fal i bałwanów.
— Heleno... moja droga Heleno... — szepnął — Po moim powrocie do Oban... dowiedziałem się... to ty... to dzięki tobie zostałem uratowany z odmętów Corryvreckan.
— Jak to, wiedziałeś o tym Olivierze?... — odpowiedziała miss Campbell prawie zamierającym głosem.
— Tak jest... i dziś spłacę ten dług... Uratuję cię z groty Fingala.
Jakim sposobem Olivier przy wyczerpaniu sił i przy nowym napływie szalejących fal mógł mówić o ratunku? Niepodobna, aby mógł obronić swoją towarzyszkę. Dwa lub trzy razy fale prawie ich pociągały ze sobą... A jeżeli rzeczywiście oparł się temu, to nie było to skutkiem fizycznej siły, ale z tej tylko przyczyny, że czuł rękę otaczającą go jakby żelaznym pierścieniem, że tym sposobem nie zginie sam, ale razem z nią.
Mogło być już wpół do dziewiątej wieczorem. Nawałnica dosięgła swego zenitu. Wody morskie pędziły do groty Fingala z gwałtownością trudną do określenia. Wstrząsały posadami skały i ścianami groty; odpadały wielkie kawały granitu, wytwarzając swym upadkiem czarniawe otwory w spienionych falach.
Czy z kolei pod tak straszliwym uporem wód pilastry podpierające sklepienie nie ulegną, nie zostaną zrujnowane, nie opadną? Czy wreszcie nie runie całe sklepienie groty?
Olivier Sinclair obawiał się wszystkiego. I on także doświadczał jakiejś szczególnej trwogi, której sobie nie mógł wytłumaczyć. Brakło mu zupełnie powietrza, zdawało się, że atmosferę tę unosiły ze sobą fale, bo kiedy ustępowały, znowu powracała mu swoboda oddechu.
W tych warunkach miss Campbell odczuła strudzenie i była bliska omdlenia.
— Olivierze! Olivierze! — szeptała, tuląc się do niego.