— Tak jest, Clock — odpowiedział brat Sib niby echo.

— Morze, wuju Sibie.

— Morze, rzeczywiście — dodał Sib.

— Jak to jest cudowne! — wykrzyknęli obaj bracia.

Można by myśleć, że je widzą po raz pierwszy.

Nie ulegało wątpliwości: w zatoce był horyzont morski.

Tymczasem słońce nie przebyło jeszcze połowy swego dziennego biegu. Na pięćdziesiątym szóstym równoleżniku musi upłynąć co najmniej siedem godzin, nim zajdzie poza fale wód... siedem godzin niecierpliwego oczekiwania dla miss Campbell! Zresztą horyzont zarysowywał się tu ku południo-zachodowi, to jest obejmował wycinek łuku, którego nie dotyka promienna gwiazda, chyba że w zimie, gdy jest najbardziej oddalona od równika. Nie tu więc należało szukać pojawienia się fenomenu, lecz bardziej jeszcze ku zachodowi, a nawet nieco ku północy, ponieważ pierwsze dni sierpnia poprzedzają o sześć tygodni zrównanie dnia z nocą, mające miejsce we wrześniu.

Ale to nic nie szkodzi, bo oto morze rozwijało się teraz w całym majestacie przed wzrokiem miss Campbell. Naprzeciw przesmyku, między wyspami Cumbrae, a powyżej wielkiej wyspy Bute, powyżej małych grzbietów wyspy Aisla Craig i gór wyspy Arran, linia nieba i wody zarysowała się w całej szerokości tak czysto i równo jakby pociągnięta piórem.

Miss Campbell obserwowała wszystko głęboko zamyślona, nie odzywając się wcale. Stojąc na ławeczce okrętu bez ruchu, oblana słońcem, zdawała się mierzyć długość łuku, jaki oddzielał je jeszcze od punktu, w którym zanurzy się w wodach Archipelagu Hebrydzkiego. Byle tylko nieba, w tej chwili tak jasnego jeszcze i czystego, nie zaciemniły wieczorne opary.

Jakiś głos wyrwał ją z zamyślenia.