Nagle szalupa, zadrżawszy, znikła w masie szalejących fal!

Na pokładzie wydano jeden okrzyk, okrzyk przerażenia!

Czy rzeczywiście szalupa została przewrócona? Nie, unosiła się jeszcze nad bałwanami, ale napór wody coraz bardziej oddalał ją od okrętu.

— Trzymajcie się! — wołali majtkowie zebrani na pokładzie okrętu, gotując liny do rzucenia na szalupę.

Kapitan kazał zdwoić parę i Glengarry szybkim ruchem posunął się ku odmętowi. Zarzucono liny, które z niezmierną szybkością oplotły się wokół masztu szalupy, gdy tymczasem Glengarry wypuścił kontrparę i pociągnął za sobą przyczepioną już teraz do niego łódź.

W tej chwili młodzieniec, oddalając się od steru, pochwycił w ramiona swego towarzysza, a marynarze dopomogli mu w przeniesieniu starca na pokład.

Nowa fala uderzyła w szalupę, a młodzieniec, zapominając o własnym niebezpieczeństwie, zręcznie skoczył i dostał się do okrętu. Nie stracił wcale zimnej krwi, twarz jego była spokojna, a cała postawa okazywała, że posiada nie tylko odwagę moralną, ale i niepoślednią siłę fizyczną.

Z całą przytomnością umysłu pospieszył do starca, zajmując się nim z wielką troskliwością. Był to właściciel szalupy. Szklanka wódki, którą podano mu na okręcie, w okamgnieniu postawiła go na nogi.

— Panie Oliwierze! — rzekł.

— Ach, mój poczciwy stary! — zawołał młodzieniec. — A nasza wyprawa morska?