Bracia Sam i Sib nie czuli się jakoś dość odważni wobec wypadku, którego skutków wkrótce zapewne doświadczą. Jakoż wszedłszy nareszcie do salonu z miną pokorną i, jak to mówią, z uszami po sobie, czekali, aż się miss Campbell raczy do nich odezwać.

Wyjaśnienie było krótkie, ale energiczne. Przyjechano do Oban w tym celu, aby mieć przed swymi oczami horyzont morski, a tymczasem zgoła nie można było go ujrzeć, więc i mówić o tym nie warto.

Dwaj bracia na usprawiedliwienie przytoczyli tylko to, że postępowali w dobrej wierze. Nie znali zupełnie Oban, któż mógł przypuścić, że otwartego morza tu nie ma, skoro jest tak popularnym kąpieliskiem morskim. Być może, że to jedyne miejsce, w którym z powodu rozrzucenia na wszystkie strony Wysp Hebrydzkich linia morza nie styka się z niebem.

— Bardzo dobrze — odpowiedziała miss Campbell tonem, któremu chciała nadać powagę i surowość — potrzeba wynaleźć inny punkt, nie w Oban, gdziekolwiek bądź, nawet gdyby trzeba było poświęcić spotkanie się z panem Arystobulem Ursiclosem!

Bracia Melvill instynktownie opuścili głowy i nie odpowiedzieli wcale.

— Proszę przygotować się do podróży — rzekła miss Campbell — ponieważ dziś jeszcze wyjeżdżamy.

— Wyjeżdżajmy — odezwali się bracia, nie mogąc inaczej wyjść z kłopotliwego położenia, jak tylko zgadzając się na wszystko z pokorą.

I wnet też rozległo się donośne wołanie:

— Bet!

— Beth!