— Nie, miss Campbell — odpowiedziała pani Bess — miał natychmiast odjechać, ale podobno widział go Partridge.
— Kiedy?
— Wczoraj, na drodze do Dalmally. Powracał właśnie z workiem podróżnym przez ramię, jak czynić zwykli artyści. O, ten młodzieniec nadzwyczaj lekkomyślnie sobie postąpił. Jeżeli puścił się na odmęty Corryvreckan, źle to wróży o jego przyszłości. Nie zawsze znajdzie okręt, który mu pospieszy z pomocą i niewątpliwie może ulec nieszczęściu.
— Tak myślisz? Jakkolwiek był to krok nierozsądny, ale okazał tyle odwagi, tyle zimnej krwi w chwili grożącego mu niebezpieczeństwa.
— Bardzo być może, ale jednak ten młodzieniec wcale nie wie, że swój ratunek zawdzięcza pani i że winien był nazajutrz po przybyciu do Oban złożyć uszanowanie wybawicielce.
— Podziękować mi? — odpowiedziała Campbell. — Dlaczego? Zrobiłam to nie tylko wyjątkowo dla niego, wszyscy na moim miejscu postąpiliby podobnie względem innych.
— A czybyś go pani poznała? — zapytała pani Bess, przypatrując się młodej dziewczynie.
— Doskonale — odparła prostodusznie miss Campbell — i wyznaję, że charakter tego człowieka, spokojna odwaga, jaką okazał, wstępując na pokład, czułe słowa i przyjacielskie odnoszenie się do starego marynarza niezmiernie pochwyciły mnie za serce.
— Doprawdy — zawołała zacna kobieta — nie wiem, do kogo on podobny, ale jestem pewna, że niepodobny wcale do pana Arystobula Ursiclosa.
Miss Campbell uśmiechnęła się, nie odpowiadając, po czym powstała i długo przypatrywała się wzniesieniom na wyspie Mull, wreszcie w towarzystwie pani Bess zeszła na dół i wróciły ścieżką do Oban.